Recenzja płyty: Sonny Landreth, „Bound by the Blues”

Zawstydzająco dobre
Może i dobrze, że tych piosenek nie zobaczymy na listach przebojów. Mogłyby zawstydzić niejednego sezonowego gwiazdora uśmiechającego się z okładek kolorowych pism.
materiały prasowe

Miłośnicy bluesowej gitary slide z pewnością znają i cenią pochodzącego z Luizjany amerykańskiego instrumentalistę i wokalistę Sonny’ego Landretha. Obszerną dyskografię artysty wzbogacił wydany na początku czerwca br. album „Bound by the Blues”. To płyta z pozoru niezwykle skromna. Niezbyt wyróżniająca się okładka, zaledwie 10 tytułów, nieobecność agresywnej reklamy i niemal gwarantowany brak szans na pojawienie się na światowych listach przebojów. A jednak muzyka prezentowana przez Landretha to produkt najwyższej klasy. Jak zwykle mistrzowska gitara towarzyszy stylowemu wokalowi. Dobór utworów to kombinacja pół na pół – pięć oryginalnych kompozycji artysty i pięć na nowo odczytanych i nagranych klasycznych kawałków bluesowych. A wśród nich okraszone wspaniałym solo gitarowym „It Hurts Me Too” Elmore’a Jamesa czy znane z niezliczonych wykonań, również z fantastyczną gitarą, „Dust My Broom” Roberta Johnsona. Może i dobrze, że tych piosenek nie zobaczymy na listach przebojów. Mogłyby zawstydzić niejednego sezonowego gwiazdora uśmiechającego się z okładek kolorowych pism.

Sonny Landreth, Bound by the Blues, Provogue

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną