Recenzja płyty: Algiers, „Algiers”

Miszmasz z premedytacją
Muzycy pokazują swoje różnorodne artystyczne fascynacje, nie bacząc na różnice czasowe bądź estetyczne.
materiały prasowe

Panowie z tria Algiers, podobnie jak państwo z Twin Danger, skoncentrowali się na muzyce, a nie na wymyślaniu tytułu dla swojej debiutanckiej płyty. Tak więc ich album to po prostu „Algiers”. Na tym jednak „po prostu” się kończy. Choć muzycy spotkali się i zaczęli pracę w Atlancie w stanie Georgia, to wkrótce losy rzuciły ich w różne zakątki świata. O dziwo, to nie oznaczało końca zespołu. Byli w stałym internetowym kontakcie i tak też przygotowywali materiał na pierwszą płytę. Do jej nagrania doszło w Londynie, w studiu 4AD. Muzyka Algiers to trudna do procentowego rozpisania kombinacja stylistyczna łącząca elementy punkowe, soulowe, rocka, R&B i gospel. Członkowie Algiers są multiinstrumentalistami, ale nie odżegnują się od dźwięków generowanych czy przetwarzanych przez komputer. Nawet spokojniejsze utwory kipią energią i emocjami, tym bardziej że teksty Algiers poruszają tematy polityczne, kulturowe i społeczne. Repertuar tego młodego amerykańskiego tria to gatunkowy miszmasz, ale aplikowany słuchaczowi z premedytacją. Muzycy pokazują swoje różnorodne artystyczne fascynacje, nie bacząc na różnice czasowe bądź estetyczne.

Algiers, Algiers, Matador

Ocena: 4,5/6

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną