Recenzja płyty: Taco Hemingway, „Umowa o dzieło”

Mem tak samo jak ty
Szcześniak mógłby błysnąć równie dobrze w dowolnej konwencji – bo jest nie tyle świetnym raperem, co rewelacyjnym memotwórcą.
materiały prasowe

Złapałem się na tym, jak absurdalną i anachroniczną rzecz zrobiłem, zgrywając sobie tę płytę – dostępną za darmo w cyfrowej wersji na stronie artysty – na płytę. Tymczasem to rzecz tego lata tak gorąca, że wyląduje od razu w smartfonach, a potem słuchana będzie na cieszących się popularnością koncertach warszawiaka Taco Hemingwaya, czyli Filipa Szcześniaka. Ściągnął olbrzymie tłumy nad Wisłę, później podbił publiczność gdyńskiego Open’era. Prasa zastanawia się, czy to jakiś szczególny, nowy gatunek rapera opowiadającego o problemach prekariatu. Bo te sugeruje już tytuł – „Umowa o dzieło”. I powtarzające się tu co chwila oczekiwanie na kolejne awizo.

Nie przywiązywałbym przesadnej wagi do hiphopowej konwencji – lirycznie podobne rzeczy ciekawiej robi Łona, muzycznie na tle polskiej sceny to dziś poziom w okolicach średniej (choć parę pomysłów producenta Rumaka robi wrażenie, np. w promującym płytę utworze „6 zer”). Szcześniak mógłby błysnąć równie dobrze w dowolnej konwencji – bo jest nie tyle świetnym raperem, co rewelacyjnym memotwórcą. Udowodnił to już pięć lat temu jako autor słynnej internetowej przeróbki sceny z filmu „Upadek” zatytułowanej przez niego „Hitler w poszukiwaniu elektro”. W imponujący sposób wyczuwa, jakiego rodzaju komentarza do rzeczywistości oczekuje młoda publiczność, rozumie swoich rówieśników, więc może powinien – jak proponuje mu ktoś pod tamtym filmem – pisać scenariusze komedii?

Taco Hemingway, Umowa o dzieło, wyd. własne

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną