Recenzja płyty: Jill Scott, „Woman”

Diwa na nowo
Jill Scott jako artystka manifestuje jak nigdy przedtem charyzmę i elastyczność stylistyczną.
materiały prasowe

Jill Scott
materiały prasowe

Jill Scott

Dziewczęce zakochania są fajne, ale miłość zaczyna się, kiedy jesteś kobietą – przekonuje Jill Scott na swojej najnowszej, piątej płycie „Woman”. Gdy 15 lat temu nagrała swój debiutancki album „Who Is Jill Scott?”, samą jego zawartością odpowiadała na tytułowe pytanie. A do miana jednej z najbardziej utalentowanych kompozytorek i wokalistek nowego soulu wkrótce dopisała także role aktorskie i, niestety, występy w magazynach plotkarskich. Podbojom „Billboardu” towarzyszyły bowiem perturbacje w życiu prywatnym. Gdy wydawało się, że wszystko już o niej wiemy, na nowo odpowiada na pytanie z początku kariery, tym razem jako 43-letnia kobieta. W singlowym „Fool’s Gold” przyznaje, że zbyt długo ganiała za złotem głupców (czy chodzi o złoto statuetek Grammy, czy o jej dwóch byłych?). Jako artystka manifestuje jak nigdy przedtem charyzmę i elastyczność stylistyczną. Nowoczesność Eryki Badu przeplata się z tradycją nie tylko soulową, ale i funkiem (aranże), country (rytmy) czy hip-hopem (narracja). Odnowiła ponadto współpracę z André Harrisem, z którym pisała swe największe przeboje. Ale w studiu odwiedził ją też BJ The Chicago Kid, wschodzący gwiazdor eksperymentującego R&B. Wspólnie wyśpiewują kończącą płytę balladę „Beautiful Love” – o tyle przełomową, że słowa „miłość” na poprzednich płytach Scott wyraźnie unikała.

Jill Scott, Woman, Warner Music

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną