Recenzja płyty: Barrence Whitfield, „Under the Savage Sky”

Bez kroplomierza
12 niezbyt długich, kipiących energią utworów, zapewni odpowiednią porcję energii.
materiały prasowe

Wydaje się, że bezpowrotnie minęły już czasy elektryzujących wokalistów takich jak Little Richard, Jackie Wilson czy Esquerita. Ci tzw. shouterzy imponowali energią, kondycją wokalną i fizyczną. Dziś komputerowo kreowane gwiazdki wykonują repertuar niewymagający nadzwyczajnych sił. Jednak w zakamarkach show-biznesu znaleźć jeszcze można kontynuatorów tej dawnej, wymagającej szczególnych predyspozycji, szkoły wokalnej. Jednym z nich jest Barrence Whitfield. O jego możliwościach może świadczyć przydomek „leather lungs”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „płuca nie do zdarcia”. Whifield wraz ze swoim zespołem The Savages nagrywa i występuje już od ponad 30 lat, zadziwiając energią i konsekwencją artystyczną. Jeżeli ktoś chciałby zapoznać się z możliwościami Whitfielda, powinien sięgnąć choćby po jego najnowszą płytę, „Under the Savage Sky”. 12 niezbyt długich, kipiących energią utworów, zapewni odpowiednią porcję energii, a nieco starszym rockandrollowcom przypomni czasy, kiedy dbająca o czystość moralną młodzieży troskliwa władza dawkowała taką szkodliwą muzykę kroplomierzem.

Barrence Whitfield, Under the Savage Sky, Bloodshot

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną