Recenzja płyty: Maciej Maleńczuk, „Jazz for Idiots”

Jazz dla topornych
Autor nie oddala się od bezpiecznej bankietowej konwencji.
materiały prasowe

Wśród wielu mądrych zdań na temat jazzu szczególnie trafna wydaje mi się opinia saksofonisty Steve’a Lacy’ego: „Istotą jazzu jest ryzyko”. Maciej Maleńczuk oczywiście podjął pewne ryzyko zawodowe: zamknął grywający na scenach i bankietach zespół Psychodancing i przerwał karierę wokalisty, by jako saksofonista stanąć na czele grupy wykonującej, jak to określa, tytułowy „Jazz for Idiots”, czyli jazz dla opornych. W istocie jednak nie oddala się od bezpiecznej bankietowej konwencji, grając dansingowe wersje tematu z „Wielkiego żarcia” albo rzewnego „Petite fleur” Sidneya Becheta, tudzież jazzową wersję własnego „Ach, proszę pani”, która wypada tu najbardziej naturalnie. Przy topornym podejściu do „Devil Woman” Mingusa nie jest już ani naturalnie, ani nawet zabawnie. A nade wszystko nudno, co jest w tej branży sporym grzechem. W partiach saksofonu słyszę niekiedy frazę (charakterystyczną bądź co bądź) Maleńczuka wokalisty. I to największe osiągnięcie tej płyty. Samo zdobycie umiejętności gry na instrumencie Lacy’ego i Coltrane’a (choć w tej wersji to zupełnie inny instrument) godne jest podziwu, ale nie każdy musi je świętować wydaniem płyty.

Maciej Maleńczuk, Jazz for Idiots, Sony

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną