Recenzja płyty: Hey, „Błysk”

Hej okej
Na krótkiej, zwięzłej i mocnej płycie trudno się natknąć na ślad słabizny.
materiały prasowe

Raz na dekadę można by oczekiwać od grupy Hey pozytywnego wstrząsu. Ten z lat 90. zaowocował spolszczeniem ówczesnej estetyki rockowej. Ten po roku 2000 przyniósł mocne poszerzenie palety brzmień i dojrzałość liryczną. „Błysk” niby oferuje znów lekki zwrot w stronę gitar i rockowej dynamiki, ale to żadna rewolucja. Zaoferowanie okładki w czterech kolorach do wyboru i czterech różnych kolejności utworów to też nie pomysł na wstrząs. Ale krytykować zespół grający od lat na rzadko utrzymywanym poziomie jest trudniej, niż się wydaje. Na krótkiej, zwięzłej i mocnej płycie trudno się natknąć na ślad słabizny. Łatwiej za to niż zwykle znaleźć tu odniesienia do jakże inspirującej rzeczywistości. „Derby kraju, derby co dzień/Gdzie czerń w tęczę, a tęcza w czerń” – śpiewa Nosowska w „Prędko, prędzej”. W „Hej hej hej” mamy wręcz cień tematyki aborcyjnej. Tego drugiego utworu nie zamykają słowa, tylko świetna, dramatyczna instrumentalna koda, pierwszemu towarzyszy solo w stylu Van Halen, jakiego w historii szczecińskiej grupy nie było. Liryczny klimat „2015” budowany jest na basowym motywie rodem z Pink Floyd. To, że takie odniesienia nie odbierają charakteru grupie, świadczy o jej klasie.

Hey, Błysk, Kayax

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną