Recenzja płyty: Anohni, „Hopelessness”

Piękna beznadzieja
Trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek się przy tej płycie dobrze bawił, choć – przewrotnie – jest płytą przepiękną i w ogólnym wydźwięku zaskakująco pogodną.
materiały prasowe

Na pamiętnym albumie „I Am a Bird Now” lider Antony and the Johnsons opowiadał o samotności, bezsilności i lęku o to, co przyniesie przyszłość. Przyniosła bomby z dronów, masowe groby, ciąg dalszy samobójczego podgrzewania planety i powszechną inwigilację. „Tatusiu, tatusiu!/Wiem, że mnie kochasz/Bo cały czas masz mnie na oku” – śpiewa ten sam człowiek już nie jako Antony, ale Anohni. Nowy pseudonim – i inna płeć, bo Anohni to „ona” – przynosi także radykalną zmianę muzyczną. Przytulne akustyczne instrumentarium artystka porzuciła na rzecz elektroniki, pomagają jej szkocki producent Hudson Mohawke i specjalista od syntezatorów Oneohtrix Point Never. W mechanicznym anturażu płaczliwy wokal Anohni brzmi bardziej przejmująco niż kiedykolwiek dotąd. Co w zestawieniu z kumulacją globalnych nieszczęść spycha „Hopelessness” na granicę karykatury, ale ta litania wynika z tytułowej bezsilności i poczucia zdrady. „Kiedy cię wybrano/Były okrzyki radości” – śpiewa orientalną manierą w utworze „Obama”. „Teraz mówią o szpiegowaniu/Egzekucjach bez procesów (…) Cała nadzieja zniknęła z twojej twarzy”. Trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek się przy tej płycie dobrze bawił, choć – przewrotnie – jest płytą przepiękną i w ogólnym wydźwięku zaskakująco pogodną.

Anohni, Hopelessness, Secretly Canadian

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną