Recenzja płyty: Inglorious, „Inglorious”

Śladami klasyków
Jeżeli kogoś razi brak oryginalności i nowatorskich rozwiązań w muzyce zespołu, niech na własną rękę odejmie pół punktu.
materiały prasowe

Wierni fani hard rocka po dziś dzień zachwycają się nagraniami klasyków gatunku. Niektóre z nich liczą sobie już po kilkadziesiąt lat, ale w uszach kolejnych pokoleń swoich miłośników brzmią nadal świeżo i bezkonkurencyjnie. Mimo wciąż zmieniających się obowiązujących mód muzycznych nadal pojawiają się wykonawcy nawiązujący twórczością do klasyki hardrockowych dinozaurów, takich jak Deep Purple, Rainbow, Def Leppard czy Whitesnake. Ostatnio kontynuatorami tej linii okrzyknięto na Wyspach muzyków zespołu Inglorious. Obok wokalisty Nathana Jamesa ważną postacią w grupie jest pochodzący ze Szwecji gitarzysta Andreas Eriksson. Właśnie ukazała się ich pierwsza duża płyta, zatytułowana po prostu „Inglorious”. Już pierwszy utwór „Until I Die”, brzmieniowo jakby żywcem wyjęty z katalogu Deep Purple, nie pozostawia wątpliwości co do źródeł inspiracji muzyków. Można tylko zadać pytanie, czy taka nieukrywana fascynacja klasyką hard rocka to zaleta czy cecha obciążająca. Biorąc pod uwagę bardzo dobry wokal i zawodowe brzmienia całej orkiestry, Inglorious należy się co najmniej „czwórka” w skali tu stosowanej. Jeżeli kogoś razi brak oryginalności i nowatorskich rozwiązań w muzyce zespołu, niech na własną rękę odejmie pół punktu.

Inglorious, Inglorious, Caroline International

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną