Recenzja płyty: The Avalanches, „Wildflower”

Zszyte i zmiksowane
Po wielu latach przekomarzania się z krytyką i publicznością wydają teraz płytę numer dwa, którą będą promować w sierpniu na koncercie w Krakowie.
materiały prasowe

Szaleństwo, jakie australijski zespół wywołał przy okazji debiutu 16 lat temu, było czymś niespodziewanym. Przyszli znikąd, a w rozrywkowej formie melodyjnych, gęstych od pomysłów piosenek The Avalanches zaprezentowali całkiem poważną gałąź sztuki muzycznej zwaną plądrofonią, w której chodzi o zestawianie ze sobą fragmentów istniejących nagrań, często ze zmianą nastroju całości. Po wielu latach przekomarzania się z krytyką i publicznością (obie z entuzjazmem przyjęły debiut i czekały na ciąg dalszy) wydają teraz płytę numer dwa, którą będą promować w sierpniu na koncercie w Krakowie. Już wesołkowaty singlowy utwór „Frankie Sinatra” zapowiadający album jest zszywką słynnego tematu calypso Wilmotha Houdiniego (podbitego dla egzotyki partią tuby) i jazzowego standardu „My Favourite Things”. Całość – poprzez wysamplowane fragmenty różnych staroci – zanurza się w brzmieniach starego soulu, to znów psychodelii lat 60., ale więcej niż poprzednio jest fragmentów dogranych w studiu, pojawiają się też goście (MF Doom, Ariel Pink). Nie ma jednak mowy o tym, by wprowadzało to album „Wildflower” w jakieś stylistyczne turbulencje – odpowiednio zmiksowane, utwory te układają się zgrabnie w jedną całość.

The Avalanches, Wildflower, Modular

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną