Recenzja płyty: Taco Hemingway „Wosk”

Trochę gessleruje
materiały prasowe

Podoba mi się to, że każda płyta Taco Hemingwaya miała jakiś inny dominujący temat. Prekariackie rozterki z poprzedniej dobrze opisywał tytuł („Umowa o dzieło”), a ponieważ przyniosła 26-letniemu raperowi sukces, kolejny krótki (i udostępniony, wzorem poprzednich, za darmo w internecie) zestaw utworów – zwiastujący dłuższy album – mówi o skutkach tego sukcesu. W stylu autoironicznym, co chroni „Wosk” przed tanim gwiazdorzeniem. Taco dystans łapie w krótkich rymowanych konstatacjach („Jestem głosem pokolenia/Które nie ma nic do powiedzenia”) i dłuższych opowieściach, jak żartobliwa dysputa z innym bywalcem list przebojów Dawidem Podsiadłą (we własnej osobie i w podobnie autoironicznym stylu) o tym, „ile koła” można zarobić na hicie. „Parę ładnych piosenkarek chce, bym pisał im teksty” – chwali się współautor płyty (pozostałymi są wierny – chciałoby się powiedzieć – producent Rumak oraz Borucci). Ale zaraz rozbraja to neologizmem: „W sumie gessleruję:/Jeżdżę po Polsce i narzekam ciągle, wiecznie truję/Nikt nie rozumie, czemu jakoś się nie cieszę w sumie” („Koło”). Za ten rodzaj spostrzeżeń i za sprawność liryczną „Wosk” się pamięta – choć ekspresję ma Taco nieco monotonną, a w muzyce obywa się bez rewolucji.

Taco Hemingway, Wosk, TacoHemingway.com

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną