Recenzja płyty: De La Soul, „And the Anonymous Nobody”

Miłość i otwartość
Po ponad dziesięciu latach zasłużona dla hip-hopu grupa nagrała płytę, jakiej oczekuje się od gigantów gatunku.
materiały prasowe

Choćby nawet nie wszyscy byli skłonni w roli gigantów widzieć właśnie trio De La Soul, słynące z otwierania rapu na jazz, nieszablonowej hipisowskiej otoczki czy poczucia humoru. Na amerykańskim Wschodnim Wybrzeżu, epatującym buntowniczymi i gangsterskimi nastrojami, rap spod znaku „miłości i pokoju” brzmiał idealistycznie i pachniał rynkową niszą. Dobrze pamiętany przez koneserów i krytykę zespół ten rynkowe sukcesy ma więc dawno za sobą. Żeby zebrać pieniądze na nową płytę, musiał urządzać zbiórkę funduszy wśród fanów, co zaowocowało pierwszą niespodzianką – zamiast planowanych 110 tys. dol. zebrali ponad 600 tys.

Zaskakująca pod względem poziomu jest też sama długa (17 utworów) płyta, która przeróżne gatunki i nastroje – od słodkiego soulu po rock – splata wspólnym mianownikiem potężnego basu. W osiągnięciu tej różnorodności pomagają goście, tak różni jak Jill Scott, Snoop Dogg, David Byrne i Damon Albarn. Ten ostatni z dobrym efektem spłaca w „Here in After” dług za udział De La Soul w nagraniu jego płyty Gorillaz, za którą równo dziesięć lat temu razem dostali Grammy.

De La Soul, And the Anonymous Nobody, A.O.I.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną