Muzyka

Salwa sentymentalna

Recenzja płyty: Metallica, „Hardwired… to Self-Destruct”

materiały prasowe
33 lata od debiutu zespół przypomniał sobie stare definicje muzyki, którą grał w latach 80.

Osiem lat od trudnej do zniesienia (ze względu na fatalne brzmienie) płyty „Death Magnetic” i pięć lat od trudnej do zniesienia (już pod każdym względem) „Lulu” nagranej z Lou Reedem zespół Metallica ma nam coś do udowodnienia. I fakt, że albumu „Hardwired… to Self-Destruct” słuchać się da, momentami nawet z przyjemnością, to już zasadnicze osiągnięcie lubianej u nas legendy thrash metalu. 33 lata od debiutu zespół przypomniał sobie zresztą stare definicje muzyki, którą grał w latach 80., bo muzyka na nowej płycie jest ciężka brzmieniowo, jak przystało na konwencję rwana rytmicznie, a melodie prezentowane w efektownych harmoniach gitar i partii wokalnych. Czasem Metallica zagalopowuje się w przeszłość tak dalece, że brzmi jak jej starsi pokoleniowo bohaterowie z Iron Maiden („Atlas, Rise!”, skądinąd jeden z lepszych momentów płyty). Dla miłośników muzyki metalowej to nie wyrzut, ale już dla jej koneserów – oczywistość. I potwierdzenie, że pewien sentymentalizm wdarł się nawet w szeregi najtwardszych niegdyś, bezkompromisowych muzyków z Kalifornii.

Metallica, Hardwired… to Self-Destruct, Blackened

Polityka 49.2016 (3088) z dnia 29.11.2016; Afisz. Premiery; s. 75
Oryginalny tytuł tekstu: "Salwa sentymentalna"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Hiroszima i Nagasaki – trauma Japonii

Ameryka przeczytała opis skutków zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę dopiero w rok po fakcie. Dla Japończyków to symbol narodowego męczeństwa. Wolą jednak nie rozpamiętywać, jaka droga zaprowadziła Japonię ku tragedii.

Adam Szostkiewicz
06.08.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną