Recenzja płyty: Me and That Man, „Songs of Love&Death”

Szatański pomysł
Duże wrażenie robią kompozycje, a do tego diabeł i śmierć w każdym tekście – do dobrej sprzedaży powinno wystarczyć.
materiały prasowe

Pomysł na zaistnienie poza sceną metalową Nergal miał, i to naturalny. Grać taką muzykę, za którą starzy fani go nie wyklną, a nowa publiczność, choćby ta zdobyta w Polsce środkami pozamuzycznymi, ośmieli się przyjść na koncert. Pogranicze bluesa, rocka i sfery zwanej gotyckim country nadaje się do tego idealnie, szczególnie w sezonie, gdy występ Nicka Cave’a wyprzedaje się na pniu. John Porter – druga twarz grupy nazwanej Me and That Man – podobny rodzaj brzmień prezentował na dobrze przyjętych płytach z Anitą Lipnicką. Tu jednak prąd koniunktury wyrzucił obu na płyciznę, która intencje odsłania w sposób zbyt brutalny. Mruczanda i dośpiewywane chórki niby dobrze odwracają uwagę od tego, że Nergal poza metalowym rejestrem nie jest wybitnym wokalistą, ale często wydają się kalką muzyki prowadzonej przez Cave’a grupy The Bad Seeds. Duże wrażenie robią kompozycje, a do tego diabeł i śmierć w każdym tekście – do dobrej sprzedaży powinno wystarczyć, ale trudno mi zachwalać zręczną imitację na polskim rynku właśnie wtedy, gdy w końcu nauczyliśmy się premiować własny język.

Me and That Man, Songs of Love&Death, Cooking Vinyl/Agora

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną