Recenzja płyty: Kendrick Lamar, „DAMN.”

Zabawianie świata
Udanych utworów na płycie nie brakuje.
materiały prasowe

Amerykański raper Kendrick Lamar denerwuje. Właściwie od pierwszego kontaktu z nową płytą o stylizowanym tytule „DAMN.”, która ma potwierdzić wielkość autora albumu roku 2015 w naszym redakcyjnym podsumowaniu (i wielu innych), czyli „To Pimp a Butterfly”. Wielkość tę sam autor postanowił podkreślić, wszystkie tytuły, same w sobie dość pretensjonalne – „LOVE.”, „FEAR.”, „GOD.” – zapisując wielkimi literami z kropkami na końcu. Odniesienia do Boga znajdziemy co chwila w tekstach sugerujących, że Lamara wcześnie (niespełna 30 lat) dopadł częsty w hip-hopie kompleks mesjasza. Do stałych na jego płytach gości (Kamasi Washington, Thundercat) dołączyli kolejni, z większymi ambicjami do zabawiania (Rihanna) lub zbawiania świata (cały zespół U2, w tym swingujący Bono). Nie daje to wszystko całości tak spójnej jak na „To Pimp a Butterfly”, choć udanych utworów tu nie brakuje. Lamar ciągle potrafi zmiażdżyć konkurencję – także w tekstach, pastwiąc się nad raperską konkurencją i telewizją Fox News. Ale robi to w bardziej topornej muzycznie oprawie i niepotrzebnie przemawia tak wielkimi literami. I tak wszyscy słuchają.

Kendrick Lamar, DAMN., Top Dawg

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną