Recenzja płyty: Stone Sour, „Hydrograd”

Godzinna rockowa jazda
Solidne metalowo-grunge’owe rzemiosło, choć trochę zbyt bliskie znanym schematom.
Roadrunner/materiały prasowe

Tytuł najnowszego albumu grupy Stone Sour – „Hydrograd” – zalatuje brzmieniowo Europą Wschodnią. I rzeczywiście, jak podają dobrze poinformowane źródła, wokalista zespołu Corey Taylor na którymś z europejskich lotnisk błędnie odczytał nazwę jakiegoś miasta i tak mu to utkwiło w pamięci, że stało się tytułem płyty. Myliłby się jednak ten, kto pomyśli, że muzyka „Hydrogradu” ma coś wspólnego ze słowiańską duszą. Już sam fakt, że muzycy Stone Sour grali w metalowej formacji Slipknot, jest sygnałem, że ich piosenki to nie romantyczne kołysanki. Owszem, raz czy dwa trafiamy na spokojniejszy utwór, np. lekko country’owate „St. Marie”, ale to tylko krótka przerwa w ostrej rockowej jeździe trwającej nieco ponad godzinę. Nie brakuje tu prujących głośniki solówek, tu i ówdzie rzuconego grubego słowa i kipiącego energią wokalu. Solidne metalowo-grunge’owe rzemiosło, choć trochę zbyt bliskie znanym schematom.

Stone Sour, Hydrograd, Roadrunner

Ocena: 3,5/6

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną