Recenzja płyty: Gregg Allman, „Southern Blood”

Ostatnie słowo
10 utworów składa się na przejmującą, utrzymaną na wysokim artystycznym poziomie, wypowiedź wielkiego rockmana.
materiały prasowe

Ocenianie finalnego dzieła, wydanego wkrótce po śmierci artysty, zwykle naznaczone jest chęcią uniknięcia ocen krytycznych. Nawet jeśli jest to praca pozostająca w cieniu największych osiągnięć twórcy. W przypadku płyty „Southern Blood” Gregga Allmana jakiejkolwiek taryfy ulgowej stosować nie trzeba. To płyta osobista, poruszająca i doskonała. Borykający się ze śmiertelną chorobą muzyk bardzo pieczołowicie wybierał utwory, które miały znaleźć się na płycie. Jest tu, niestety, tylko jedna jego własna kompozycja, „My Only True Friend”. Pozostałe tytuły są dziełem takich twórców jak Tim Buckley, Willie Dixon, Bob Dylan czy Jackson Browne. Ten zestaw nazwisk określa spektrum stylistyczne płyty. Jak zwykle u Allmana miesza się tu rock z bluesem, r&b i country. Być może na „Southern Blood” trafiłoby więcej jego własnych kompozycji, ale jak mówią wtajemniczeni, artyście brakowało już sił, by je ukończyć. Tak czy inaczej, tych 10 utworów (wersja deluxe zawiera dodatkowe dwa zarejestrowane na żywo) składa się na przejmującą, utrzymaną na wysokim artystycznym poziomie, wypowiedź wielkiego rockmana.

Gregg Allman, Southern Blood, Rounder

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną