Muzyka

Ojciec naśladowców

Recenzja płyty: Lenny Kravitz, „Raise Vibration”

materiały prasowe
Chociaż Lenny Kravitz, rozpoznawalny artysta mający nieprzerwanie dużą publiczność, jest dziś bagatelizowany przez krytykę, jednego nie sposób mu odmówić. Od trzech dekad konsekwentnie proponuje stylistykę z pogranicza rocka, funku i soulu zmieszanych w podobnych proporcjach.

Był więc retro, zanim retro stało się tendencją numer jeden. W tekstach wpisuje się w wielką historię muzyki rozrywkowej z chęcią, czasem nawet pretensją („Obejmij mnie jak Johnny Cash/Wtedy, gdy straciłem matkę” – śpiewa na nowej płycie). A kiedy w tym retro brakowało materii w postaci wybitnych płyt czy pojedynczych nagrań, obraz amerykańskiego wokalisty i gitarzysty wypełniały nam działania filmowe, reklamowe, celebryckie. „Raise Vibration”, jego jedenasta płyta, nie jest nowym otwarciem, choć wydaje się mocniej zakorzeniona w afroamerykańskich nurtach, a ze swoich licznych patronów autor wybiera częściej Michaela Jacksona – którego duch obecny jest w gładkiej, popowej produkcji, no i w chórkach Jacksona zza grobu słyszalnych w utworze „Low” – niż Jimiego Hendrixa. Jest w tym posunięciu coś naturalnego i momentami nawet zgrabnego, choć zarazem bezczelnie przedwczorajszego.

Lenny Kravitz, Raise Vibration, BMG

Polityka 37.2018 (3177) z dnia 11.09.2018; Afisz. Premiery; s. 81
Oryginalny tytuł tekstu: "Ojciec naśladowców"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Wszechobecny Krzysztof Stanowski. Jak wyjaśnić ten fenomen?

Wyrósł najwyraźniej na pierwszego dziennikarza w Polsce, którego koniecznie trzeba przekonać do swoich racji. Bo można się ze Stanowskim nie zgadzać, ale „trzeba go szanować”.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
13.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną