Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Muzyka

Coś dodać, nic ująć

Recenzja płyty: The Beatles, „The Beatles (White Album) Deluxe Edition”

materiały prasowe
Znakomita jakość dźwięku to niejedyny atut tego rocznicowego wydawnictwa.

Wydawałoby się, że jakakolwiek próba opisania, zachwalania, by nie rzec recenzowania takiego dzieła jak beatlesowski „White Album” jest działaniem bezcelowym. To trochę tak, jakby oceniać „Monę Lisę” czy „Wenus z Milo”. Nikt też pewnie nie ośmieliłby się przy takich klasycznych dziełach majstrować i cokolwiek korygować. Wenus z doprawionymi rękami? Świętokradztwo! A jednak płyta, nawet doskonała, pozwala na nienaruszające istoty materiału retusze, na korekty podczas ponownego zgrywania bądź czyszczenia. Takiego właśnie zadania podjęli się panowie Giles Martin i Sam Okell, wspierani przez sztab specjalistów od dźwięku, działających przy legendarnych studiach Abbey Road w Londynie. Materiałem do pracy były oryginalne taśmy zachowane w archiwum od czasów rejestracji tej płyty pół wieku temu. Realizatorzy zdecydowali się na dokonanie nowego miksu stereo, w gruncie rzeczy nieodbiegającego od oryginału nadzorowanego niegdyś przez George’a Martina, ojca Gilesa. 

The Beatles, The Beatles (White Album) Deluxe Edition, Universal

Polityka 48.2018 (3188) z dnia 27.11.2018; Afisz. Premiery; s. 77
Oryginalny tytuł tekstu: "Coś dodać, nic ująć"
Reklama