Muzyka

I co?

Recenzja płyty: Bon Iver, „i, i”

materiały prasowe
Tytuł czwartej płyty Bon Iver może kojarzyć się ze wsobnością amerykańskiego muzyka – prywatnie Justina Vernona – który mimo sławy i stylistycznej ewolucji zachował wizerunek samotnego songwritera.

Można też „i, i” odnieść do faktu, że Bon Iver zbiera tutaj stylistyki testowane na poprzednich trzech płytach: po akustycznym debiucie „For Emma, Forever Ago” zaskoczył popowym przepychem, a ostatnio eksperymentował z elektroniką. Jednak „i, i” kojarzy się też z iPhone’em, z epoką upadających hierarchii i chronologii, gdy wszystko miesza się ze wszystkim, niekoniecznie z sensem, ale oderwać się od tego nie sposób. Strzępy kompozycji wyłaniają się na tym albumie z ponadgatunkowej aranżacyjnej mgły i urywają przedwcześnie, wokale snują się a to w kierunku futurystycznego Jamesa Blake’a (goszczącego tu zresztą), a to – sentymentalnego Petera Gabriela (oczywiście z dęciakami w tle). Tradycyjne, konserwatywnie zagrane piosenki są tu bodaj trzy, za to wykonawców jest 30, a instrumentów nawet więcej. To dezorientowanie słuchacza może być jednak przejawem szczerości autora: Bon Iver sam zaczynał karierę zamknięty w leśnej chatce, a dziś ma 2 mln fanów na fejsie. I tak jak w sieci, każdy z nich na „i, i” znajdzie coś dla siebie – choćby i dobry powód do narzekania.

Bon Iver, i, i, Jagjaguwar/PIAS

Polityka 34.2019 (3224) z dnia 20.08.2019; Afisz. Premiery; s. 75
Oryginalny tytuł tekstu: "I co?"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną