Muzyka

Bluesowe lody w piekle

Recenzja płyty: Tinsley Ellis, „Ice Cream in Hell”

materiały prasowe
Ellis nie odkrywa nowych lądów, jedynie potwierdza, że na jego terenie mało kto może z nim stanąć w szranki.

Ze swoimi płytami Tinsley Ellis gościł na łamach POLITYKI już parokrotnie. Zmieniały się tytuły piosenek i albumów, ale nie muzyka. Kompozytor, gitarzysta i wokalista z Atlanty od lat pozostaje wierny blues-rockowej formule z okazjonalnymi wycieczkami w stronę soulu. Swoją najnowszą płytę zatytułował przekornie „Ice Cream in Hell” („Lody w piekle”). Wbrew tytułowi, zebrane na niej utwory nie różnią się aż tak ekstremalnie pod względem nastroju. Owszem, jest i ballada o nieszczęśliwym uczuciu („Hole in My Heart), i rock and roll („Sit Tight”), jest bardzo dobry kawałek tytułowy, ale nade wszystko – królująca w każdym z utworów mistrzowska gitara. Ellis nie odkrywa nowych lądów, jedynie potwierdza, że na jego terenie mało kto może z nim stanąć w szranki, choćby w przypadku solówki w „No Stroll in the Park”. Kończy płytę siedmiominutowym, pełnym rozpaczy wyznaniem „Your Love’s Like Heroin”, które powinno skruszyć najtwardsze serca.

Tinsley Ellis, Ice Cream in Hell, Alligator

Polityka 5.2020 (3246) z dnia 28.01.2020; Afisz. Premiery; s. 75
Oryginalny tytuł tekstu: "Bluesowe lody w piekle"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

W kosmos tanie latanie

Prywatni przedsiębiorcy próbują opuścić Ziemię jak najmniejszym kosztem. Reszta ludzkości też może się załapać.

Jędrzej Winiecki
25.11.2014
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną