Muzyka

Jak zwykle niewesoła Lucinda Williams

Recenzja płyty: Lucinda Williams, "Little Honey"

Wymaga od odbiorcy skupienia

Nie wiem, czy Lucinda Williams ma trudne, wypełnione dramatami i zawodami miłosnymi życie, ale każda jej płyta sugeruje, że tak właśnie jest. Nowy album artystki przynosi dwanaście świeżutkich, przez nią napisanych, piosenek oraz zaskakującą wersję kawałka z repertuaru AC/DC. Nie spodziewajmy się jednak w związku z tym metalowego wcielenia Lucindy. Pozostaje ona dalej wierna swojej charakterystycznej mieszance ballady, bluesa, rocka i country. Zachrypnięty głos wokalistki uzupełniany oszczędnym (także często zachrypniętym) gitarowym graniem utrzymuje słuchacza w nastroju dalekim od radosnych przekomarzań np. gwiazd tańczących na lodzie, ale też, o dziwo, daje poczucie obcowania ze sztuką, a nie knajacką zabawą.

To nie jest płyta, której jednorazowe wysłuchanie skłoni nas do nucenia poszczególnych nagranych na niej piosenek. Jak zwykle Lucinda Williams wymaga od odbiorcy pewnej cierpliwości i skupienia, a w nagrodę daje pewność, że każde kolejne spotkanie z jej płytą będzie interesujące i nienużące.

Lucinda Williams, Little Honey, Lost Highway 2008 

Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak kwarantanna odbije się na naszym zdrowiu

Siedzimy na huśtawce społecznej i politycznej. Z jednej strony dyscyplina sanitarna, z drugiej masowe manifestacje oraz bandyckie rozróby na ulicach. Chaos, bezładne poczynania władzy, jak zapowiedź tzw. narodowej kwarantanny, wzmacniają nasz niepokój.

Martyna Bunda, Ewa Wilk
21.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną