Paszporty POLITYKI

Obróbka skrawaniem

Rozmowa z Marcinem Dorocińskim

Marcin Dorociński, ur. w 1973 r., absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie. Marcin Dorociński, ur. w 1973 r., absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie. Grzegorz Press / Polityka
"Należę do tych, którzy się bardzo denerwują. Chyba nawet za bardzo. Tuż przed rozpoczęciem zdjęć nie śpię przez kilka dni, nie umiem wyłączyć mózgu. Jestem marudny i ogólnie jest nerwowo" - mówi laureat Paszportu POLITYKI w kategorii film.
Marcina Dorocińskiego obecnie można oglądać w „Drogówce” Smarzowskiego, a 15 marca wchodzi na ekrany „Miłość” Sławomira Fabickiego, gdzie gra on jedną z głównych ról.Grzegorz Press/Polityka Marcina Dorocińskiego obecnie można oglądać w „Drogówce” Smarzowskiego, a 15 marca wchodzi na ekrany „Miłość” Sławomira Fabickiego, gdzie gra on jedną z głównych ról.

Zdzisław Pietrasik: – Z ostatniego festiwalu w Berlinie przywiozłem numer „Hollywood Reporter”, w którym jest zapis debaty młodych aktorów. Może na rozgrzewkę przećwiczymy kilka zadawanych im pytań? Pierwsze: Czy zdarza się wam, że dostajecie scenariusz i po przeczytaniu ogarnia was lęk, że nie potraficie tego zagrać?
Marcin Dorociński: – W żołnierskich słowach: tak, zdarza się.

Aktorka amerykańska opowiada, iż kiedyś usłyszała, że jak aktor się nie denerwuje, to znaczy, że nie jest zdolny. O shit, pomyślała, to znaczy, że nie jestem utalentowana.
Należę do tych, którzy się bardzo denerwują. Chyba nawet za bardzo. Tuż przed rozpoczęciem zdjęć nie śpię przez kilka dni, nie umiem wyłączyć mózgu. Jestem marudny i ogólnie jest nerwowo.

To znaczyłoby, że jest pan zdolny…
Skłonność do denerwowania się nie jest miarą talentu.

Kolejne pytanie „Reportera” skierowane do aktorów: Jakie było twoje najgorsze doświadczenie z reżyserem?
Najgorsze słowa, jakie usłyszałem od reżysera, to była wskazówka: zagraj tak, jak to jest napisane. Nic nie zmieniaj. A ja akurat próbowałem coś zmienić, dać coś od siebie…

I co pan robi w takiej sytuacji?
Zamykam się w sobie. A jeżeli żaden argument nie działa, następuje kompletna blokada i wycofanie. Na szczęście takie sytuacje rzadko się zdarzają. Ponadto, z biegiem lat lepiej się orientuję, kiedy jest możliwe porozumienie z reżyserem, a kiedy nie.

Jeszcze jedno pytanie z debaty: Jak wybierasz swoje role?
Scenariusz, scenariusz i jeszcze raz scenariusz. To podstawa. Ważny jest też reżyser, czasami najważniejszy: jak w przypadku Wojtka Smarzowskiego. U niego mógłbym zagrać nawet bez scenariusza (śmiech). Staram się bardzo precyzyjnie dobierać kolejne projekty. Nie chcę się powtarzać i dać zaszufladkować. Chciałbym, aby każda moja następna rola była zaprzeczeniem poprzedniej. Takie mam marzenie.

Tak mógłby wyglądać wywiad dla „Hollywood Reportera”. A teraz możemy zacząć od początku. Ma pan życiorys, o jakim marzyli niegdyś nasi pisarze buntownicy. Był pan kucharzem, ochroniarzem, miał pan trudne dzieciństwo…
Ależ ja nie miałem trudnego dzieciństwa, wręcz przeciwnie! To był sielski czas w Kłudzienku koło Milanówka. To taka wieś niewieś, gdzie życie kręciło się dookoła instytutu mechanizacji rolnictwa. Obok postawiono trzy bloki, zwykłe osiedle, jakich mnóstwo w Polsce. W Kłudzienku mieszkali przeróżni ludzie, od zwykłych pracowników fizycznych – jak mój tata, poprzez inżynierów, do profesorów. Dzieci bawiły się razem na podwórku…

Podobnie było kiedyś w wielkomiejskich blokach.
Łączyły nas gry i zabawy. Każdy, bez względu na to, z jakiego domu pochodził, musiał podporządkować się tym samym zasadom. To były prawdziwie cudowne lata.

Ukończył pan technikum mechaniczne.
Przez przypadek, bo nie dostałem się do szkoły gastronomicznej.

Specjalność wyuczona – obróbka skrawaniem. Przydaje się w pracy aktorskiej?
Tak, cały czas obrabiam się i skrawam.

Czyli taki życiorys może się przydać w zawodzie aktorskim?
Na pewno. Życiorys życiorysem, ale w moim życiu najważniejsi są ludzie. Szczególnie ci, którzy mało mówią, a dużo robią, którzy, jak widzą, że trzeba komuś pomóc, to pomagają. Miałem w życiu ogromne szczęście spotkać takich właśnie ludzi, mimo że oni pewnie by teraz skromnie odpowiedzieli: a co myśmy takiego ważnego dla ciebie zrobili? Dzięki nim zostałem aktorem.

Kto był takim wzorem?
Oczywiście jako dziecko byłem zapatrzony w rodziców. Później wielki wpływ miał na mnie Andrzej Szeremeta, kolega z podwórka, a dzisiaj aktor Teatru Dramatycznego. Trzy lata przede mną dostał się do Akademii Teatralnej. Dodało mi to odwagi i też postanowiłem spróbować.

Ktoś pomagał panu przed egzaminami wstępnymi?
Pochyliło się nade mną mnóstwo życzliwych osób: przede wszystkim pani Izabela Kunst, nauczycielka historii. Co prawda nie uczyła mojej klasy, ale kiedyś po szkolnej akademii, na której śpiewałem i się wygłupiałem, podeszła i zapytała, czy nie myślałem o tym, by zdawać do szkoły teatralnej. Odpowiedziałem, że to nie dla mnie, że za wysokie progi. Ale pani Iza wiedziała swoje. Poznała mnie z panem Gerardem Położyńskim z Pruszkowa, który prowadził kółko teatralne. Pan Gerard skierował mnie z kolei do pani Ewy Różbickiej. Pani Ewa była już starszą panią, ledwo widziała i brała wszystko na ucho, ale potrafiła doskonale dobrać mi repertuar na egzaminy. Była cudowną osobą. Wszystko to wydarzyło się w przeciągu pół roku. Zanim wziąłem oddech, żeby powiedzieć, że to się nie może udać, byłem już w szkole teatralnej z indeksem.

Debiutował pan na drugim roku studiów, grając Cyda w Teatrze Telewizji, w reżyserii Krystyny Jandy.
Tak. To było wielkie przeżycie. Pierwsze castingi, prawdziwe zdjęcia próbne. Miałem kilkudziesięciu kontrkandydatów. I nagle się dowiaduję, że pani Janda wybrała mnie. Zupełnie się tego nie spodziewałem. To było jak grom z jasnego nieba. Piękny moment w życiu. A później już sama praca była niezwykła: spotkać się na planie z tak wybitną aktorką i silną osobowością przy okazji. Potem oglądanie spektaklu w telewizji wspólnie z rodzicami, którzy zobaczyli syna przebranego za księcia… To było magiczne.

Byli dumni?
W bloku w Kłudzienku to był prawdziwy kosmos. Już nie mówiąc, że z honorarium, niewielkiego jak na owe czasy, mogłem zwrócić rodzicom pieniądze za cały rok utrzymywania mnie na studiach.

Dobry syn.
Rodzice są od tego, żeby pomagać dzieciom, kiedy te stawiają pierwsze kroki w dorosłym życiu, a potem role się odwracają. Dzieci są od tego, by pomagać rodzicom, kiedy ci słabną.

No, ładnie pan to powiedział. Po szkole spędził pan 14 lat w Teatrze Dramatycznym. Jak pan ten czas wspomina?
Przyszedłem do Dramatycznego w 1997 r., kiedy dyrektorem był Piotr Cieślak, a reżyserowali m.in.: Krzysztof Warlikowski, Grzegorz Jarzyna, Agnieszka Glińska. Grałem mniejsze i większe role, tzw. główniaki, ale też ogony, wchodziłem w zastępstwa. To była prawdziwa szkoła: i życia, i zawodu. Tworzyliśmy wspaniałą grupę, cieszyliśmy się z samego faktu grania, była w nas ogromna energia. No i można było podpatrywać starszych aktorów, mistrzów, takich jak Marek Walczewski. Kiedy byłem z nim na scenie, zapominałem, co mam mówić, tylko patrzyłem na niego zahipnotyzowany.

Od niedawna jest pan w Ateneum, gdzie Bogusław Linda jako reżyser namówił pana do zagrania w sztuce „Merylin Mongoł”.
Linda zawsze imponował mi jako aktor, a w teatrze zaimponował mi jako reżyser. Okazało się, że jest bardzo dobrze przygotowany, wie, czego chce, i wie, jak to egzekwować.

Ogromną popularność przyniosły panu role filmowe i telewizyjne. Jakie są dziś największe zagrożenia dla takiego aktora jak pan? Bycie celebrytą?
Nie jestem celebrytą. Jestem aktorem. Interesuje mnie granie, a nie brylowanie na warszawskich salonach i fotografowanie się na ściance. Nie czytam portali plotkarskich i nie chcę trafiać na ich łamy. Nie jestem też specem od wszystkiego, począwszy od przepisu, jak upiec chleb zgodny z zasadami diety Dukana, a kończąc na parapsychologii. I nie będę się wypowiadał na każdy temat, o wojnach w Afryce czy modzie w telewizji śniadaniowej. Chcę po prostu grać. Reszta mnie nie interesuje.

Seriale, reklama, to wszystko wciąga, a niektórych aktorów szybko niszczy.
Rynek filmowo-teatralny w Polsce jest za mały, by każdy aktor grał w ambitnych fabułach albo Hamletów w teatrze. Nie każdy będzie Marlonem Brando. Obok talentu trzeba mieć mnóstwo szczęścia, by spełniać się w tym zawodzie na swoich warunkach i w zgodzie ze sobą. Myślę, że takich aktorów w Polsce można policzyć na palcach jednej ręki. Inni po prostu walczą o byt i zarabiają pieniądze. Zachowajmy więc proporcje. Nie ma żadnej ujmy w graniu w tego typu przedsięwzięciach. Zagrać dobrze w serialu, proszę bardzo, zagrać dobrze w reklamie – żadna hańba. Jeżeli aktor potrafi udowodnić, że w tym też jest dobry, a przy okazji zapewni swojej rodzinie chleb, to nie ma w tym nic złego. Każdemu według potrzeb.

A co się zdarza, kiedy zaczyna się orientować, że gra w złym filmie?
Tak naprawdę nigdy do końca nie wiadomo, w czym się gra. To zawsze ryzyko: sukces bądź porażka filmu zależy od mnóstwa czynników: my, aktorzy, jesteśmy tylko trybikami w tej maszynie. Atmosfera na planie może być lepsza i gorsza, mogą występować większe i mniejsze napięcia. Staram się wykonać swoją pracę najlepiej, jak umiem, a że nigdy za dużo nie oczekuję, to zachowuję zazwyczaj spokój. Jednak gdy zdarzają się sytuacje kryzysowe czy krytyczne, wiem, gdzie szukać ratunku. Mam wokół siebie ludzi, którym ufam, na których zawsze mogę liczyć i których mogę się poradzić. W takich chwilach najważniejsze jest oczywiście wsparcie i zdanie mojej żony.

Często się przypomina, że na potrzeby serialu „Pitbull” pozwolił pan sobie spiłować zęby. To prawda, że dla roli jest pan gotowy zrobić wszystko?
Dużo, ale bez przesady. Nie dam sobie uciąć tego, co mi nie odrośnie. Nic na siłę.

W styczniowym „Filmie” była pana rozmowa z Januszem Gajosem, który do szkoły filmowej zdawał parę razy. Pan powiedział, że nie miałby odwagi zdawać nawet po raz drugi. Gdyby więc za pierwszym razem się nie udało, co pan by dzisiaj robił?
Pewnie pracowałbym w zawodzie związanym z ratowaniem życia. Może byłbym pielęgniarzem, kierownikiem karetki, strażakiem, policjantem…

Czy grając też można nieść pomoc?
Tak, najczęściej niosę pomoc samemu sobie. Grając, leczę moje kompleksy. A jeżeli potem ktoś przyjdzie i powie, że to, co zobaczył na ekranie, w czymś mu pomogło, jest to najpiękniejsza wartość dodana. Aktorstwo to dziwny zawód, niby takie fiu-bździu i fikołki, a jednak czasem okazuje się, że może mieć wpływ na czyjeś emocje, na czyjeś życie.

W jakim momencie swej kariery jest pan dzisiaj?
Bronię się przed tego typu definicjami. Wydaje mi się, że jak człowiek nie wie i szuka, to może znaleźć coś ciekawego. A jak już wie, to nie szuka i stoi w miejscu.

Teraz gra pan pułkownika Kuklińskiego w filmie Pasikowskiego „Jack Strong”. Jaka to będzie postać? Wie pan, że w Polsce jedni uważają pułkownika za bohatera narodowego, inni za zdrajcę…
Jedyne, co mogę powiedzieć na tym etapie, to że chciałbym zrozumieć, co mój bohater czuł, postępując tak, a nie inaczej, i co nim kierowało. Jak zaczynam zdjęcia, to nie lubię mówić o granej przeze mnie postaci ani jej analizować. Jak film jest skończony, wolę posłuchać, co mówią o niej widzowie.

Na ekrany wchodzi „Miłość” Sławomira Fabickiego, też zresztą laureata Paszportu POLITYKI.
Tak, bardzo długo czekaliśmy na premierę „Miłości” i cieszę się, że za kilka dni trafi ona do kin. To ważny dla mnie film. Oddałem mu sporo serca, nerwów i czasu. Teraz, po obejrzeniu gotowego filmu, wiem, że jest o uczuciu, którego nienawidzę w życiu. O bezradności.

Czego ta bezradność w filmie dotyczy?
Punktem wyjścia tej historii jest traumatyczne zdarzenie, które niszczy życie młodego małżeństwa. Odwracają się od siebie, przestają sobie ufać. Muszą na nowo zrozumieć, co to znaczy kochać, być ze sobą. „Miłość” nie jest łatwym ani optymistycznym filmem. Mówi o bardzo trudnych, bolesnych rzeczach i nie odpuszcza widzowi nawet przez sekundę. Sławek Fabicki okazał się trudnym i bardzo wymagającym reżyserem. Sprzeczaliśmy się często, ale z końcowego rezultatu chyba obaj jesteśmy zadowoleni. Wiemy, że warto było się spotkać. Bardzo go cenię.

Nigdy się nie zdarza, że po sprzeczkach na planie mówi pan sobie: już nie będę pracował z tym reżyserem?
Zdarza się. Czasami tak, niestety, myślę i obiecuję sobie, że nigdy z danym reżyserem czy innym filmowcem pracować nie będę. Ale to ostateczność, to jest uczucie, którego nie lubię – zamknąć się na drugiego człowieka. I gdy emocje opadną, wszystko wraca do normy. Nie jestem konfliktowy.

Jest w panu wspaniała wiara w ludzi.
Może to z głupoty albo z prostoty organizmu? Ale tak zostaliśmy przez rodziców wychowani, ja i moi trzej bracia.

Co bracia robią?
Dwaj starsi pracowali przez kilkanaście lat w policji, a teraz różnych rzeczy się imają.

Widzieli „Drogówkę”?
Tak. Po seansie zadzwonił do mnie Krzysiek i powiedział, że nie wie, co ma mi powiedzieć. Film nim chyba wstrząsnął. Byłem akurat w teatrze po spektaklu, odpowiedziałem: Brat, zaraz ruszam samochodem na plan zdjęciowy. Włączę komórkę głośnomówiącą, ty ochłoniesz, to się zdzwonimy i spokojnie porozmawiamy. Do dzisiaj nie zadzwonił, ale jak już zadzwoni, to jestem bardzo ciekawy, co powie.

rozmawiał Zdzisław Pietrasik

Marcin Dorociński, ur. w 1973 r., absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie. Po studiach przez 14 lat związany ze stołecznym Teatrem Dramatycznym, obecnie w Ateneum. Zagrał w kilku serialach, m.in. w „Pitbullu”. W ostatnich sezonach stworzył wiele zwracających uwagę kreacji filmowych, m.in. w „Rewersie” Borysa Lankosza, „Róży” Wojciecha Smarzowskiego (nagroda dla najlepszego aktora na festiwalu w Gdyni), „Obławie” Marcina Krzyształowicza. Obecnie aktora można oglądać w „Drogówce” Smarzowskiego, a 15 marca wchodzi na ekrany „Miłość” Sławomira Fabickiego, gdzie gra jedną z głównych ról.

Polityka 10.2013 (2898) z dnia 05.03.2013; Kultura; s. 72
Oryginalny tytuł tekstu: "Obróbka skrawaniem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Polska bordową wyspą

Mimo antysmogowego wzmożenia marsz do oczyszczenia polskiego powietrza będzie długi.

Jędrzej Winiecki
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną