Zygmunt Miłoszewski o kulturze i jej braku

Pisarz niepokorny
Rozmowa z Zygmuntem Miłoszewskim, laureatem Paszportu POLITYKI w dziedzinie literatury, o tym, co zrobić z pieniędzmi na kulturę i co dalej z prokuratorem Szackim.
„Ja jestem ćpunem fikcji, dlatego nie czytam literatury faktu”.
Leszek Zych/Polityka

„Ja jestem ćpunem fikcji, dlatego nie czytam literatury faktu”.

„Przy poprzednich książkach odżegnywałem się od dyskutowania na tematy społeczne związane z fabułą, ale przy „Gniewie” po raz pierwszy się udzielam”.
materiały prasowe

„Przy poprzednich książkach odżegnywałem się od dyskutowania na tematy społeczne związane z fabułą, ale przy „Gniewie” po raz pierwszy się udzielam”.

POLITYKA: – Uraził pan niemało osób jednym zdaniem wypowiedzianym podczas odbierania Paszportu POLITYKI: „Macie państwo tupet, że tu przyszliście”. Kogo miał pan właściwie na myśli?
Zygmunt Miłoszewski: – Ze sceny powiedziałem, że zwracam się do urzędników państwowych obecnych na sali, i ich dokładnie miałem na myśli. Nie szeregowych urzędników, tylko prezydenta i ministrów, których kultura interesuje tylko wtedy, kiedy jest wielka gala i transmisja w telewizji. Czuję niesmak, kiedy o tym myślę. Joachim Gauck, prezydent Niemiec, chodzi na zwykłe spotkania autorskie, bez kamer i telewizji, ale po to, by posłuchać ulubionych pisarzy i porozmawiać o literaturze.

Może to jest ten moment, kiedy prezydent Polski zwyczajnie chce się spotkać z ludźmi kultury, zresztą na redakcyjne zaproszenie.
Ale żartujecie, prawda? Bo ciężko mi uwierzyć, że bronicie prezydenta Komorowskiego jako znanego konesera i konsumenta kultury. Uważam, że od urzędnika tej rangi należy wymagać, żeby aktywnie i świadomie dbał o formację intelektualną przyszłych pokoleń, świecąc przykładem. Zwłaszcza że, jeśli wierzyć konstytucji, to nie ma on za wiele do roboty.

Urządza koncerty i otwiera wystawy w swoim pałacu, włącznie z prezentacją młodej polskiej sztuki...
...wystawa Chełmońskiego i narodowe czytanie Fredry? Błagam. Polska kultura współczesna odnosi wyjątkowe sukcesy. W teatrze Lupa i Warlikowski mają status światowych klasyków, polskie filmy regularnie dostają najważniejsze nagrody, literatura też jest coraz mocniej obecna za granicą. Ja wróciłem właśnie z premiery swoich książek we Francji i Hiszpanii. A prezydent organizuje wielkie wydarzenie: czytanie Trylogii Sienkiewicza. Jakby chciał za wszelką cenę udowodnić, że kultura to naftalina. Jak zwykle fajerwerk zamiast pracy u podstaw. Czytanie Fredry zamiast żmudnej promocji czytelnictwa. Budowanie filharmonii zamiast lekcji muzyki.

Jest w tym jednak więcej subtelności. Z muzyką w szkołach wiele się ostatnio zmieniło.
Serio? Moja córka jest w liceum, dopiero co skończyła gimnazjum i z moich doświadczeń jako rodzica wynika, że coś takiego jak edukacja kulturalna zwyczajnie nie istnieje. Jeśli ktoś nie wyniesie tego z domu, to mało prawdopodobne, że nauczy się obcować z muzyką, plastyką, kinem, teatrem w szkole. Co sprawia, że szansa, że ktoś kiedyś zapełni te hucznie otwierane filharmonie, jest znikoma. Znam propagandę sukcesu Ministerstwa Kultury: nowe placówki, domy kultury, programy dla bibliotek. Dużo jeżdżę po Polsce i widzę domy kultury, które wybudowano – bo na to fundusze były – a teraz brak pieniędzy, by włączyć w nich światło.

Uważa pan, że są potrzebne zmiany centralne?
Po mojej wypowiedzi na Paszportach wielu mówiło, że upominam się o pieniądze, o mecenat państwa. Nieprawda. Jestem przeciwnikiem rozdawnictwa pieniędzy artystom. Dopominam się właśnie o zmiany centralne. O to, żeby pieniądze, które są, mądrze wydać na to, aby w przyszłości mieć myślące społeczeństwo. To są proste rzeczy – na przykład takie, żeby dobra kultury finansowane z publicznych pieniędzy, jak filmy i spektakle teatralne, były dostępne w internecie dla wszystkich obywateli, którzy się na te dzieła złożyli. Nowoczesne społeczeństwa są zbudowane na nauce i kulturze, a my jesteśmy społeczeństwem taniej siły roboczej i nic nie wskazuje, aby to się miało zmienić. Spójrzmy na Amazon, największą księgarnię świata. Jesteśmy dla nich za głupi i za biedni, żeby otworzyli tu swój sklep. Ale wystarczająco tani, żeby otworzyć tu magazyn i mieć tanich robotników do noszenia pudełek. Á propos Amazonu i rynku księgarskiego, ustawa o książce to inny przykład potrzebnej zmiany systemowej: rozporządzenie, że cena książki wydrukowana na okładce nie może ulec zmianie – jak cena prasy na przykład – nie kosztuje ani złotówki, a uzdrawia rynek czytelniczy, ratuje małe księgarnie przed upadkiem.

O ustawie o książce słychać od roku, ale wzbudza ona też opór – mówi się, że książki zdrożeją.
W ustawie chodzi o to, żeby na okładce była wydrukowana cena, której nie będzie można obniżyć przez określony czas. Ceny nie wzrosną, ponieważ dziś są sztucznie zawyżane, zawierają w sobie ukryte rabaty, na przykład dla Empiku. Ceny spadną, bo wydawcy będą chcieli ze sobą tymi cenami konkurować. Chyba że ktoś kupuje w internecie – tu rzeczywiście cena wzrośnie, przyznaję. Pytanie, czy chcemy, żeby księgarnia pozostała elementem krajobrazu, czy nie. Chodzi o to, żeby księgarz z rynku w Sandomierzu nie musiał konkurować z wielkimi sieciami. Jeśli przetrwa, to dziecko zobaczy, że jest takie miejsce jak księgarnia. Może wejdzie, może coś przejrzy, coś przeczyta, stanie się dzięki temu fajniejszym człowiekiem.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną