Teatr

Był Tell, nie ma Tella

Recenzja spektaklu: „Wilhelm Tell”, reż. David Pountney

Wojtek Gierlach (Gesler) i Károly Szemerédy (Wilhelm Tell) Wojtek Gierlach (Gesler) i Károly Szemerédy (Wilhelm Tell) Krzysztof Bieliński / materiały prasowe

Ostatnia opera, jaką autor „Cyrulika sewilskiego” napisał w życiu, otwiera nowe ścieżki w tym gatunku i szkoda, że po niej przestał w nim tworzyć. Emocje, zmysł dramaturgiczny, a zarazem wirtuozowskie wymagania tego dzieła sprawiają, że jest zarazem wdzięcznym i niezmiernie trudnym obiektem do wystawiania. W Polsce powojennej pojawia się na scenie warszawskiej po raz pierwszy dzięki Davidowi Pountneyowi, reżyserowi od kilku lat zaprzyjaźnionemu z Polską (wystawiał m.in. „Króla Rogera” Karola Szymanowskiego oraz dwie opery Mieczysława Weinberga), obecnie dyrektorowi opery w walijskim Cardiff; tam też inscenizacja ujrzała w zeszłym roku światło dzienne, ale z zupełnie innymi solistami. O ile samo wystawienie, w którym zasadniczą rolę grają ogromne plansze z rusztowaniami i długi stół, nie jest specjalnie atrakcyjne, o tyle kilka głosów w międzynarodowej obsadzie jest interesujących. Na pierwszy plan wybijają się Károly Szemerédy w roli tytułowej, Yosep Kang (Arnold), Wojtek Gierlach (Gesler) i Adam Kruszewski (Leuthold); ciekawy głos ma również Anna Jeruć-Kopeć (Matylda), choć brak mu jeszcze niezbędnej u Rossiniego giętkości. Znakomicie przygotowany był chór pod kierownictwem Bogdana Goli; całość prowadził Andrij Jurkewycz, nowy dyrektor muzyczny Opery Narodowej. I tylko szkoda, że w najbliższym czasie (i w następnym sezonie) już „Tella” nie zobaczymy.

Gioachino Rossini, Wilhelm Tell, reż. David Pountney, Opera Narodowa

Polityka 27.2015 (3016) z dnia 30.06.2015; Afisz. Premiery; s. 77
Oryginalny tytuł tekstu: "Był Tell, nie ma Tella"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Rafał Wojaczek pod gwiazdą rozpaczną

Swego czasu stał się idolem i do dziś rozbudza namiętności wśród czytelników. Spośród wielu młodo zmarłych literackich straceńców i nadwrażliwców może jeszcze Halina Poświatowska wywołuje czytelnicze emocje. Blednie za to mit Edwarda Stachury, mało kto wraca do wierszy Andrzeja Bursy czy prozy Marka Hłaski. Dlaczego jedne literackie legendy trwają, inne zdają się rozwiewać?

Mirosław Pęczak
08.12.2001
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną