Recenzja spektaklu: „Sonata widm”, reż. Markus Öhrn

W bańce
Reżyser, obserwator z zewnątrz, swoje mocne diagnozy owija w bawełnę: mnoży dystans, cudzysłowy, nawiasy, przez co spektakl męczy, jednocześnie pozostawia chłodnym.
Scena ze spektaklu „Sonata widm” w reżyserii Marcusa Ohrna.
Magda Hueckel/materiały prasowe

Scena ze spektaklu „Sonata widm” w reżyserii Marcusa Ohrna.

Dużo się ostatnio pisze o bańkach – o zamykaniu się w grupach ludzi myślących podobnie, co utrudnia spojrzenie na rzeczywistość z innej niż własna perspektywy. Twórca ze Szwecji Markus Öhrn potraktował metaforę dosłownie – bohaterowie „Sonaty widm” noszą olbrzymie głowy z papier mâché, które zawężają ich świat do własnych myśli. Ale to zamknięcie we własnej głowie to także cena, jaką bohaterowie sztuki płacą za awans społeczny. Rewersem zmiany tożsamości jest strach przed upadkiem, przed – niejako – demaskacją, pokrywany poczuciem wyższości czy agresją.

August Strindberg, Sonata widm, reż. Markus Öhrn, Nowy Teatr w Warszawie

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj