Recenzja spektaklu: „Umarłe miasto”, reż. Mariusz Treliński

Zawrót głowy
Mroczne dzieło, opatrzone ilustracyjną, ekspresjonistyczną muzyką.
Marietta (Marlis Petersen) i Pierrot (Michał Partyka)
Jacek Domiński/Reporter

Marietta (Marlis Petersen) i Pierrot (Michał Partyka)

To dzieło młodego, zaledwie 23-letniego kompozytora (w przyszłości uznanego twórcy hollywoodzkiego i laureata dwóch Oscarów), a zarazem obraz dekadencji. Bohater, Paul, mieszka w Brugii, którą nazywa umarłym miastem – tak samo jak on sam skupionym na pięknej przeszłości. Po śmierci żony nie jest w stanie wyjść z żałoby, póki nie spotyka kobiety łudząco do niej podobnej. W obsesyjnych majakach nawiązuje z nią romans, ale widząc, że nie spełnia jego oczekiwań, morduje ją. Jest to więc dzieło mroczne, opatrzone ilustracyjną, ekspresjonistyczną muzyką. Boris Kudlička wyczarował na obrotowej scenie Opery Narodowej bogate, mieszczańskie, kilkupokojowe wnętrze, które w kulminacyjnych scenach kręci się bez przerwy, wrażliwych przyprawiając o zawrót głowy – ma to symbolizować pogłębiające się szaleństwo bohatera. Znakomita jest w głównej roli kobiecej Marii/Marietty niemiecka sopranistka Marlis Petersen; wszystkie postacie poboczne są też dobre. Jednak, niestety, na spektaklu ciąży rażący błąd obsadowy: Jacek Laszczkowski w zbyt trudnej dla niego roli głównej, śpiewający przykrym, wysilonym dźwiękiem. Psuje to ogólny efekt.

Erich Wolfgang Korngold, Umarłe miasto, reż. Mariusz Treliński, Teatr Wielki – Opera Narodowa

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną