Recenzja spektaklu: „Peleas i Melizanda”, reż. Katie Mitchell

Niezborny sen Melizandy
Brytyjska reżyserka teatralna i operowa, która przygotowała spektakl w koprodukcji Opery Narodowej z Festiwalem w Aix-en-Provence, zmieniła treść opery Debussy’ego opartej na symbolistycznym dramacie Maeterlincka.
Reżyserka Katie Mitchell osadziła operę Debussy’ego w poetyce snu.
Krzysztof Bieliński/materiały prasowe

Reżyserka Katie Mitchell osadziła operę Debussy’ego w poetyce snu.

Zamiast opowieści o tajemniczej kobiecie znalezionej w lesie przez starszego mężczyznę, którego poślubia, a potem zakochuje się z wzajemnością w jego młodszym bracie, oglądamy sen tytułowej Melizandy. A jako że sny bywają bez sensu, mamy się nie dziwić, gdy wydarzenia na scenie mają niewiele wspólnego z tekstem. Mitchell wypracowała swój szczególny język rozgrywania akcji w różnych pomieszczeniach na przemian odsłanianych lub zasłanianych (w tym czasie odbywa się szybkie przemeblowanie, wymagające pracy całej armii pracowników technicznych, którzy wyszli osobno do ukłonów i dostali wielkie brawa). Wszelkie mankamenty inscenizacji przesłania jednak znakomicie wykonana muzyka, co jest zasługą dyrygenta Patricka Fournilliera, orkiestry oraz solistów, w większości zagranicznych: Sophie Karthäuser (Melizanda), Bernarda Richtera (Peleas) i Laurenta Alvaro (Golaud). Polski wkład jest tu dużo mniejszy, ale też bardzo pozytywny: Karolina Sikora (Geneviève) i Joanna Kędzior (Yniold).

Claude Debussy, Peleas i Melizanda, reż. Katie Mitchell, Teatr Wielki-Opera Narodowa w Warszawie

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną