Teatr

Opowieści lasku bielańskiego

Inscenizacyjnie przeładowany.

"Opowieści Lasku Wiedeńskiego” Ödöna von Horvátha z Teatru w Opolu to pierwsza po dłuższej przerwie premiera Mai Kleczewskiej. Spektakl, oparty na napisanej w 1931 r. sztuce, przełożonej na polskie współczesne realia, ma kilka mocnych scen, ale jest też mocno publicystyczny i inscenizacyjnie przeładowany, tak jakby reżyserka chciała udowodnić, że wciąż potrafi reżyserować.

Tematem jest agresja, kumulująca się, narastająca frustracja, popychająca prostych ludzi do linczu, jak w powojennych Kielcach czy Jedwabnem. Zaczyna się od małych wybuchów gniewu: w rodzinie, na ulicy, w sklepie. Patriarchalizm z rodzaju „gdzie są moje skarpetki!”, powierzchowny katolicyzm i agresywny patriotyzm uczą, że naturalną rzeczą jest panowanie jednych nad drugimi. Do tego problemy finansowe, coraz większa przepaść między marzeniami a rzeczywistością – kozioł ofiarny sam się znajdzie. U Kleczewskiej najlepsze są sceny rodzinne – proste i silne.

Gorzej ze scenami zbiorowymi, których publicystyczny wydźwięk (łzawe śpiewanie legionowych piosenek na imprezach, przechodzące w skandowanie kibiców na meczach, ci sami ludzie, najpierw pielgrzymujący za papamobile, a potem robiący striptiz w klubie) reżyserka próbuje zatrzeć nadmiarem pomysłów inscenizacyjnych (m.in. parodia sceny z nenufarami z „Nocy i dni”, wjazd różowego Cadillaca). Paradoksalnie najsłabiej wypada scena, która miała być najmocniejsza – finałowego linczu, wybuchu kumulowanej przez cały spektakl agresji. Dzieje się w klubie: po striptizie, technowygibasach i przebierankach ludzie-potwory niemiłosiernie długo rzucają w dziewczynę ręcznikami, szarpią ją i popychają. Zamiast przerażać – zwyczajnie nuży.

  
 

Reklama

Czytaj także

Kultura

Rafał Wojaczek pod gwiazdą rozpaczną

Swego czasu stał się idolem i do dziś rozbudza namiętności wśród czytelników. Spośród wielu młodo zmarłych literackich straceńców i nadwrażliwców może jeszcze Halina Poświatowska wywołuje czytelnicze emocje. Blednie za to mit Edwarda Stachury, mało kto wraca do wierszy Andrzeja Bursy czy prozy Marka Hłaski. Dlaczego jedne literackie legendy trwają, inne zdają się rozwiewać?

Mirosław Pęczak
08.12.2001
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną