Recenzja wystawy: „Stasys Eidrigevicius”

Come back Litwina
W ostatniej dekadzie XX w. artysta należał do najpopularniejszych malarzy w kraju. Był pierwszym laureatem Paszportu POLITYKI.
„List”, pastel, 1989 r.
Stasys/materiały prasowe

„List”, pastel, 1989 r.

Na aukcjach bito się o jego pastele, ustawiały się kolejki po projekty plakatów (opublikował ich w sumie ok. 300!). O wydawcach zamawiających ilustracje książkowe nie wspomnę. I oto dość niespodziewanie, w pewnym momencie o Stasysie zrobiło się cicho. Nie będę dociekał, gdzie się podziewał, ale nie mogę nie zauważyć jego sporej retrospektywnej ekspozycji, którą po kilkunastu latach przypomina się warszawiakom. Składa się ona z dwóch części. W pierwszej twórca pokazuje swój dawny, dobrze znany artystyczny wizerunek, zbudowany wokół postaci-kukiełek, smutnych, o wielkich, zdziwionych oczach. Pastele, gwasze, rysunki, plakaty. W części drugiej Stasys w nowej odsłonie: trochę rzeźb, ciekawe kolaże inspirowane historią sztuki i wreszcie coś, co zaskakuje najbardziej, czyli wielkoformatowe abstrakcyjne obrazy. Niemal monochromatyczne, o bogatej fakturze uzyskanej dodatkowo dzięki poprzyklejanym drobniutkim ścinkom gazet. I inne, wykorzystujące geometryczne figury, choć też abstrakcyjne, to o dziwo gdzieś tam bliskie w klimacie światu dawnych ludzików. Czy odmieniony Stasys przekona swoich wielbicieli?

Stasys Eidrigevicius, Galeria 18a, Warszawa, czynna do 30 kwietnia

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną