Recenzja wystawy: „Przygody z op-artem”

Oczopląs
Choć nikt już nie traktuje dziś op-artu tak serio jak jego prekursorzy, to jednak daje on wiele możliwości.
Maurycy Gomulicki, Oblivion (Vortex 1017), 2017 r.
Fundacja Gierowskiego/materiały prasowe

Maurycy Gomulicki, Oblivion (Vortex 1017), 2017 r.

Op-art (skrót od „sztuka optyczna”) – który zawładnął sztuką nieco przed pop-artem – po okresie świetności w latach 60. klasyfikowany jest w kategorii „historycznej artystycznej ciekawostki”. No, może z jednym wyjątkiem: uznania dla jego wpływu na wzornictwo, modę, a nawet projektowanie architektoniczne. Kuratorzy wystawy postanowili jednak przekonać widzów, że niekoniecznie mamy do czynienia z rozdziałem zamkniętym, zaś op-art, choć w różnych mutacjach, żyje i dziś. Stąd w ekspozycji zderzono prace rodzimych klasyków gatunku (Ziemski, Winiarski, Fijałkowski, Fangor) z pracami kolejnych pokoleń artystów aż po dzień dzisiejszy. I rzeczywiście z wystawowej narracji można wyciągnąć wniosek, że choć nikt już nie traktuje dziś op-artu tak serio jak jego prekursorzy, to jednak daje on wiele możliwości, by zabawić się jego formalnymi rozwiązaniami, poszukać nowych zaskakujących kontekstów. Jak choćby Maurycy Gomulicki, który wykonał duże „Panneau tekstylne” będące rodzajem gry wyobraźni z op-artowską modą lat 60. Brakuje mi na tej wystawie bardzo ciekawie nawiązujących do op-artu prac Andrzeja Nowackiego, nie mówiąc już o dynamicznie rozwijającej się sztuce cyfrowej. Ale być może tę ostatnią pozostawiono sobie na oddzielną prezentację.

Przygody z op-artem, Fundacja Stefana Gierowskiego, Warszawa, do 20 grudnia

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną