Recenzja wystawy: „Maria Anto”

Senne muśnięcie
Tradycyjne malarstwo, w dodatku nawet z wyraźnym posmakiem staroświeckości.
Maria Anto, Kot, 1974 r.
Marek Krzyżanek/Joanna Grabiańska/materiały prasowe

Maria Anto, Kot, 1974 r.

Oscylujące gdzieś – gdyby chcieć je porównywać – między Chagallem a Nikiforem, między realizmem magicznym a sztuką naiwną, przypominającą niekiedy ludowe obrazy na szkle. Ale zazwyczaj też pełne metafor, poetyckich wizji, a nawet surrealistycznych skojarzeń. Świat Marii Anto niekiedy jest na wskroś baśniowy, jak z przyjemnej sennej wizji, zapełniony nierealnymi postaciami, roślinami i zwierzętami (syreny, jednorożce), z zaburzoną perspektywą i proporcjami, zaskakującymi skojarzeniami przedmiotów i sytuacji, jak w obrazach „Woda” czy „List w grudniu”. Ale nawet w scenach na pozór w pełni realistycznych, przedstawiających np. odprawę warty przed Grobem Nieznanego Żołnierza, grupowy portret piłkarskiej drużyny lub fragmenty architektury przemysłowej, wyczuwa się ów tajemniczy oddech nierzeczywistości, jakieś subtelne bajkowe muśnięcie, czasem liryczne, czasem nostalgiczne. Nie ulega wątpliwości, że w dekadach, gdy jedna awangarda ścigała inną awangardę, udało się Anto (zmarłej w 2007 r.) umościć sobie własne malarskie gniazdko, ciepłe, osobne, ale też bardzo gościnne. Teraz przypominane obrazami namalowanymi głównie w latach 60. i 70. XX w.

Maria Anto, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa, wystawa czynna do 4 lutego 2018 r.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną