Całkiem serio
Recenzja wystawy: „Marilyn Monroe. Czuję, że ją znam, ale czasem moje ręce wyginają się do tyłu”
Zaczerpnięty z „Twin Peaks” Davida Lyncha tytuł wystawy sugeruje, by szukać podobieństw między tajemnicą filmowej Laury Palmer a ścieżkami życia i kariery wielkiej gwiazdy amerykańskiego kina. Kolejne sensy dokłada kilkanaście prac młodych polskich i zagranicznych artystów krążących wokół tematyki wizerunku, jego kreowania i manipulowania nim, szczególnie w dobie internetu. Jednak niekwestionowanym bohaterem wystawy pozostają fotograficzne portrety Monroe. Te z artystycznych sesji, z filmowych planów, ale i całkiem prywatne. Wystudiowane i przypadkowe, starannie wykadrowane i niemal reporterskie. Wszystkie autorstwa Miltona Greene’a, przyjaciela aktorki, a ponoć także kochanka. Dla pokolenia wychowanego na filmach z Monroe to sentymentalna podróż w świat aktorki. Dla pozostałych – ciekawe studium przypadku gwiazdy sprzed ery sieciowego prania mózgów. Wystawa jest ciekawa, ale nie mniej interesujące są losy pokazywanych fotografii. Po śmierci Greene’a zostały przejęte za długi przez jeden z banków, a następnie wykupione przez greckiego finansistę. Ten z kolei, na skutek podejrzanych interesów, utracił je na rzecz… likwidatora niechlubnie słynnego rodzimego FOZZ. Ostatecznie ów liczący sobie ponad 3 tys. zdjęć zbiór stał się w większości własnością wrocławskiej Hali Stulecia!
Marilyn Monroe. Czuję, że ją znam, ale czasem moje ręce wyginają się do tyłu, Krupa Art Foundation, Wrocław, do 25 października