Czym nas zaskoczą polscy sportowcy w 2011 roku

Sportowe nadzieje roku. Debiuty i powroty
Do zwycięstw przyzwyczaili nas już Adam Małysz, Justyna Kowalczyk, Szymon Majewski, Maja Włoszczowska czy Tomasz Gollob. A kto może nas zaskoczyć w 2011 r.?
Radosław Kawęcki gdyby nie pływał, pewnie zostałby górnikiem
Daniel Mihailescu/EAST NEWS

Radosław Kawęcki gdyby nie pływał, pewnie zostałby górnikiem

Sportowiec taki jak Marta Kubań to marzenie każdego trenera
Tadeusz Późniak/Polityka

Sportowiec taki jak Marta Kubań to marzenie każdego trenera

Fachowcy mówią, że Dawid Michelus nie pęka ani na ringu, ani na treningu
Krzysztof Szatkowski/Agencja Gazeta

Fachowcy mówią, że Dawid Michelus nie pęka ani na ringu, ani na treningu

Ciągnie Magdę Piekarską na planszę, bo tam znajduje zdrowe prowokacje
Marek Biczyk/Newspix.pl

Ciągnie Magdę Piekarską na planszę, bo tam znajduje zdrowe prowokacje

W wieku 31 lat Marek Twardowski zaczyna sportowe życie właściwie od zera
Laszlo Balogh/Forum

W wieku 31 lat Marek Twardowski zaczyna sportowe życie właściwie od zera

Radosław Kawęcki: pływak szczupaczek

Z postury szczupły, wiotki, muskulaturą nie grzeszy. Gdy staje na słupku startowym obok rywali zza granicy, można odnieść wrażenie, że znalazł się w tym towarzystwie przez przypadek. – Wygląda przy nich jak dziecko. Jeszcze niedawno inni grzbieciści traktowali Radka jak przybłędę, ale gdy zobaczyli, co potrafi, nabrali szacunku – mówi jego trener Jacek Miciul.

Gdyby nie pływał, pewnie zostałby górnikiem, tak samo jak dziadek, tata, wujek brat i kuzyn. To właśnie ojciec zaprowadził Radka na basen i od początku dopingował. Gdy Jacek Miciul dowiedział się o zawodowych tradycjach w rodzinie Kawęckich, pomyślał: dobry znak, bo bez szacunku dla ciężkiej pracy o wynikach w pływaniu nie ma co marzyć.

Trener pierwszy raz zobaczył go na krajowych zawodach dwunastolatków i na kolana z wrażenia nie padł. Dlaczego chcesz u mnie trenować? – zapytał wtedy Radka. A on na to: Bo kocham pływanie. – Ujął mnie tym. Jego rówieśnicy z reguły odpowiadają, że chcą wygrywać, chcą być mistrzem. Ale potem często brakuje im cierpliwości. Gdy po pół roku wspólnej pracy Radek na juniorskich mistrzostwach Polski przegrał medal o włos i wyszedł z wody z płaczem oraz zaciśniętymi pięściami, trener uznał etap sporządzania portretu psychologicznego podopiecznego za zamknięty. I wzięli się do jeszcze cięższej pracy.

Wątpliwości na temat sportowej wartości Kawęckiego zostały ostatecznie rozwiane na mistrzostwach świata w Rzymie, półtora roku temu. Nie miał jeszcze wtedy 18 lat, a obok Pawła Korzeniowskiego był jedynym Polakiem, który awansował do finału. Na 200 m stylem grzbietowym był siódmy, ale pobił rekord kraju. Okazało się, że i bez muskułów można płynąć po wyniki, jeśli ma się technikę i kondycję. W lipcu 2010 r., na mistrzostwach Europy w Budapeszcie, już na poważnie brano go pod uwagę jako kandydata do medali, ale zawiodła głowa i dopłynął do mety czwarty. – Niedawno przeglądałem raport z mistrzostw. Zmiany w obrazie hormonalnym Radka mówiły wszystko: końska dawka stresu. Ale jestem spokojny, Radek okrzepnie, trzeba mu tylko więcej startów – twierdzi Miciul.

Kawęcki nie ukrywa, że z innym trenerem nie wyobraża sobie pracy, Miciul, choć słynie z twardej ręki, z komplementowaniem Radka się nie kryje, zwłaszcza jeśli chodzi o jego podejście do pracy. Z drugiej strony musi pogodzić się z tym, że okresy buntu zawodnika były, są i będą – ryzyko zawodowe, zwłaszcza w tak monotonnej dyscyplinie jak pływanie. Zdaniem trenera, wszystko rozgrywa się w sferze psychologicznej, jak wtedy, gdy Radek nasłuchał się pochwał, że jeśli chodzi o pływanie pod wodą, to na świecie nie ma sobie równych. – Zaczęło się badanie mojej odporności na jego małe oszustwa treningowe. Opanowałem to dopiero, jak go poprosiłem, by poszukał sobie innego trenera – opowiada.

Odkąd Kawęcki uznał, że nadmiar lukru mu szkodzi, do opowieści o swojej karierze wysyła trenera. Na pytania najchętniej odpowiada równoważnikami zdań, ale tak, by na rozmówcy sprawić wrażenie, że przed sukcesami kroczy skromność. W 2011 r. czeka go matura. Jeśli chodzi o sport, to jak zwykle przed nim kilometry w wodzie, śrubowanie wyniku. Najlepsza okazja na nowe rekordy to lipcowe mistrzostwa świata w Szanghaju.

Marta Kubań: judoczka jak aptekarka

Judocy mają w Polsce pod górkę. Górka Marty wygląda tak: w kategorii 52 kg jest w kraju może pięć godnych jej rywalek, ale na treningach czasem nie ma z kim walczyć, bo koleżanka akurat nie przyszła, a kolega jest za ciężki. Podczas zawodów za granicą musi się starać podwójnie, bo w sędziowskim świecie judo Polacy się nie liczą i trudno nie tyle o przychylność, co o sprawiedliwość. W krajowej federacji od ładnych paru lat trwa przelewanie z pustego w próżne, klub Marty (Gwardia Warszawa) groszem nie śmierdzi, więc na większość ubiegłorocznych zawodów, w tym mistrzostwa Europy w Wiedniu, pojechała bez swojego trenera Mirosława Błachnio. – Przysyłał mi esemesy, takie ściągi z taktyki na konkretną walkę. No, wolę jednak, jak stoi obok maty – opowiada.

Pod koniec listopada 2010 r. na wyjazd trenera na młodzieżowe mistrzostwa Europy do Sarajewa oraz na turniej cyklu Grand Prix do Abu Zabi Marta i koleżanki zrzuciły się z pieniędzy, które przydzielono im w ramach rządowego programu Talent (zawodniczka rocznie dostaje 20 tys. zł). Gdy w Abu Zabi dojechali do hotelu, Marta wskoczyła na wagę. Wskazówka pokazała prawie 2 kg za dużo, więc ona w panice, od razu rwała się do biegania, wypocić. Wtedy Błachnio przemówił jej do rozsądku: najpierw się wyśpij po podróży, a potem biegaj. Zrobiła, jak powiedział, było po nerwówce. Poza matą trener też potrafi upuścić powietrza.

W Sarajewie Marta była druga, w Abu Zabi – trzecia. Podium Pucharu Świata to jej życiowy sukces, po drodze pokonała tam wyżej notowane zawodniczki, w tym z pierwszej dziesiątki rankingu, a półfinał przegrała głównie przez gapiostwo. Trener nie może tego odżałować, ona nie rozpamiętuje. – Szkoda punktów do rankingu, ale trudno. Kiedyś wychodziłam na matę z myślą, żeby wygrać. Teraz zależy mi na pokazaniu dobrego judo – twierdzi. Zmianę podejścia zawdzięcza pracy z psychologiem Piotrem Przybyłowskim. Chłodna głowa nigdy nie była atutem Marty. (Błachnio uważa, że to problem wszystkich polskich judoków: nie wierzą w swoje możliwości, a podczas walki, nawet jak wszystko idzie dobrze, reagują zbyt emocjonalnie). Próbowała radzić się różnych fachowców, ale dopiero Przybyłowskiemu udało się do niej trafić, pewnie dlatego, że też kiedyś uprawiał tę dyscyplinę.

Sportowiec taki jak Marta to marzenie każdego trenera. Można jej zostawić program treningu na kartce, a ona wykona go po aptekarsku. Gdy latem pojechała na przygotowania do Cetniewa i okazało się, że bieżnia jest w remoncie, biegała po plaży, kiedy nad morze wysypali się urlopowicze, biegała po schodach w ośrodku. Jej podejście do sportu zawsze napawało trenera optymizmem, a niedawne sukcesy tchnęły nową wiarę. – Na dziś poza zasięgiem Marty są trzy najwyżej sklasyfikowane zawodniczki: dwie Japonki i Rosjanka. Ale i do nich pewnie można się jakoś dobrać – mówi. Z Japonkami może być ciężko, zwłaszcza po ostatniej zmianie przepisów, która jest ukłonem w kierunku tradycji, a więc japońskiej szkoły judo. Jeśli chodzi o technikę, to Marta, zdaniem trenera, potrafi już wystarczająco dużo. Teraz trzeba spokoju, systematyczności, pracy nad kombinacjami, dobieraniem stylu pod konkretną rywalkę. No i oczywiście pieniędzy na wyjazdy – sparingi, turnieje, mistrzostwa, czyli ciułanie punktów do rankingu, który będzie podstawą układania listy startowej igrzysk w Londynie.

Premię z Grand Prix (1500 euro) Marta odłożyła więc na czarną sportową godzinę. Jednocześnie szuka sponsora, jedna z firm robi jej nadzieję. Błachnio ma plan: w ramach przygotowań do turniejów powinna stoczyć około stu mocnych treningowych walk, najlepiej w trakcie tzw. campów, na które zjeżdżają najlepsze judoczki. – Muszę tam z nią być, bo dla większości trenerów to nie tyle poligon doświadczalny, co okazja do szpiegowania, podpatrywania rywalek. Trzeba będzie trochę zaciemnić obraz – mówi Błachnio. W 2011 r. będą też mieli do rozwiązania kwestię sporną, czyli studia Marty – biofizykę. Trener nie ukrywa, że z myślą o igrzyskach w Londynie trzeba będzie zrobić przerwę w nauce, jego podopieczna na to: pożyjemy, zobaczymy. Ale pewnie się ugnie, zwłaszcza że teraz, jak mówi Błachnio, oboje poczuli krew.

Dawid Michelus: pięściarz jak brylant

Poproszony o rozmowę Dawid musi oderwać się od zajęć w szkole gastronomicznej (z techniki ma akurat grochówkę). Gotowanie lubi, boks kocha, ale że sportowe uczucie często bywa nieodwzajemnione, warto mieć zawczasu przygotowany życiowy plan B. 2010 r. przyniósł mu jednak twarde dowody, że ring to jego miejsce na ziemi – brązowe medale młodzieżowych mistrzostw świata oraz młodzieżowych igrzysk olimpijskich. W boksie amatorskim to solidna podstawa do optymizmu na przyszłość.

W filmach młodzi ludzie trafiają na treningowe sale prosto z ulicy, mając nadmierną skłonność do rozwiązywania większości spornych kwestii za pomocą pięści. Dawidowi dłoń nie zaciskała się przy byle okazji, po prostu poszedł do ringu za starszym bratem Tomkiem. Trener Sławomir Nowicki już po kilku tygodniach stwierdził, że na taki talent jak młodszy Michelus czekał całe życie. Dawid, najmłodszy z czwórki rodzeństwa, musiał jeszcze tylko przekonać mamę, że boks to coś więcej niż mordobicie, i można było zaczynać.

Jeszcze niedawno ćwiczył w nieogrzewanej hali na obrzeżach miasta, w budynku dawnej strzelnicy, ale pod koniec listopada bokserzy dostali wymówienie, bo obiektowi będzie przywracane jego pierwotne przeznaczenie, za unijne pieniądze. Nowe lokum trener Nowicki dostanie prawdopodobnie w lutym. Do tego czasu trzeba gdzieś boksować, więc w odruchu bezradności przyszło mu do głowy: postawimy ring na parkingu przed centrum handlowym. Dawid podchodzi do nielekkiego losu boksera w Pile rezolutnie: – Zimny wychów to szkoła charakteru.

Na młodzieżowe mistrzostwa świata do Baku nie pojechałby, gdyby trener nie uzbierał dla niego 5 tys. zł. – Chodziłem jak kościelny z tacą. I po dwie dychy brałem – wspomina Nowicki. W Polskim Związku Bokserskim finansów dla Dawida zabrakło, ale za to, jak wrócił z medalem, na lotnisku oczekiwała stosowna delegacja i gratulacjom nie było końca. – Łopatki do tej pory bolą mnie od klepania – mówi trener.

W zgodnej opinii bokserskich fachowców Dawid to brylancik, jaki trafia się rzadko. Nigdy nie pęka, poza tym świetnie odnajduje się w sędziowaniu na tzw. maszynki, które polega na tym, że punkt zaliczany jest zawodnikowi, jeśli co najmniej trzech z pięciu arbitrów ringowych jednocześnie wciśnie odpowiedni przycisk. W kwestii takiego sędziowania Dawid podziela zdanie tradycjonalistów: – Zabija boks. Wystarczy, że się stoi za podwójną gardą i raz na jakiś czas celnie, mocno trafi. Wolałbym po swojemu – technicznie, szybkie ręce, szybkie nogi, sporo ciosów na korpus. Ale nie ma rady, trzeba się dostosować.

Trener Nowicki twierdzi, że dla Dawida juniorski boks jest już za ciasny. W kraju nie ma rywali, trenuje więc z seniorami, jeździ na dorosłe sparingi do Poznania i za zachodnią granicę. Nie wpada w kompleksy: – Starsi mają nade mną przewagę fizyczną. I tyle – kwituje. O tym, że boksu juniorskiego od seniorskiego nie dzieli żadna przepaść, przekonał się choćby w Baku, gdy pokonał reprezentanta Mongolii, wicemistrza świata z 2009 r. wśród seniorów. Żeby boksować na dorosłych imprezach musi jednak dostać zezwolenie od władz PZB, bo regulaminowe 18 lat skończy dopiero we wrześniu. Nowicki mówi, że są dobrej myśli, bo prezes związku Jerzy Rybicki ma już dość oskarżeń o szefowanie skansenowi i w ramach poprawy wizerunku zamierza otworzyć reprezentację dla młodych.

 

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną