Ludzie i style

Biała gorączka

Narty po norwesku

Narty zapisały się w dziejach Norwegii. Narty zapisały się w dziejach Norwegii. Birdgeman / BEW
Bieganie na nartach to dla Norwegów znacznie więcej niż sport, a zwycięstwa Marit Bjoergen i spółki to kwestia dumy narodowej. Zwłaszcza gdy mistrzostwa świata odbywają się w Oslo.
Justyna Kowalczyk i Marit Bjoergen.Jerzy Kleszcz/Newspix.pl Justyna Kowalczyk i Marit Bjoergen.

Gdy najlepszy biegacz w dziejach, Bjoern Daehlie, kończył karierę, rodacy wybrali go na norweskiego sportowca wszech czasów. W uzasadnieniu podkreślano nie tylko jego dokonania, z ośmioma złotymi medalami olimpijskimi na czele, ale również fakt, że był światowym ambasadorem norweskiego stylu życia. To było przed kilkunastoma laty. – Nie znam dziś ani jednego Norwega, który nie ma biegówek – mówi profesor Matti Goksřyr z Norweskiego Uniwersytetu Nauk Sportowych.

Spędzanie wolnego czasu inaczej niż w pięknych okolicznościach przyrody to dla większości poddanych króla Haralda V grzech ciężki. Klimat ich nie rozpieszcza – minimum pół roku w śniegu i mrozie, więc narty są niezbędne. Kiedyś pomagały żyć, skracać odległości na odludziu, teraz są sposobem życia. Choć w całej Skandynawii bieganie na nartach jest popularne, tylko w Norwegii jest kultem.

Sport narodowy

Narciarskie tradycje w Norwegii to już cała dziedzina obejmująca historię, politykę, a nawet język. Lingwiści twierdzą, że angielskie słowo ski (narty) wzięło się od skid – co w staronorweskim oznaczało kawałek drewna. W latach 30. XX w. w jaskiniach niedaleko Rřdřy odkryto malunki sprzed 4–5 tys. lat, które wskazywały, że już praprzodkowie wikingów ułatwiali sobie życie sunąc po śniegu na drewnianych płozach. W nordyckiej mitologii musiało znaleźć się miejsce dla boga narciarzy – został nim Ull. Każde norweskie dziecko wie, że narty zapisały się w dziejach kraju – prawie osiem wieków temu dwaj wojownicy uciekali na nich przed pogonią unosząc ze sobą dwuletniego następcę tronu, późniejszego króla Haakona IV. Narty przydały się w dziewiczych wyprawach polarnych ekipom Fridtjofa Nansena i Roalda Amundsena. Zdobyły biegun południowy – Amundsen dotarł tam przed rywalizującym z nim o prymat pioniera Robertem Falconem Scottem.

Ove Mellingen, redaktor dziennika „Telemarksavisa”, mówi, że tylko kwestią czasu było, aż bieganie na nartach z potrzeby stanie się rozrywką. – Lata temu na norweskiej wsi żyło się surowo i biednie. Najbardziej oczywistą ucieczką od nudy były zawody narciarskie. Dom na dom, wieś na wieś, gmina na gminę. Tak narodził się wyczyn – opowiada.

Ove pochodzi z regionu Telemark, uważanego za kolebkę sportowej wersji biegów. Wszystko za sprawą Sondre Norheima, który na nartach zjeżdżał, skakał, biegał oraz zaprojektował i wykonał prototyp wiązań, które wywołały rewolucję nie tylko w sprzęcie, ale i w technice biegu. W ojczyźnie Norheim był kochany za narciarski artyzm i żyłkę społecznika, ale pod koniec XIX w. bieda pchnęła go do emigracji za ocean. Amerykanów też namawiał do narciarstwa i podobnie jak w ojczyźnie tam też doczekał się pomników.

Pasja rozlewała się po kraju błyskawicznie. – Ambicją każdej wioski było mieć swój klub narciarski. Wyrastali bohaterowie. Sport dawał posmakować sławy, a narciarstwo stawało się trampoliną do lepszego świata – uważa profesor Goksřyr.

Sprawa wagi państwowej

Gdy w 1924 r. biegi zadebiutowały na zimowych igrzyskach w Chamonix, nikogo nie zdziwiło, że to Norwegowie nadawali ton. Gwiazdą pierwszych zimowych igrzysk był Thorleif Haug – wygrał oba starty, na 18 i 50 km, trzecie złoto dołożył za zwycięstwo w kombinacji. Wszechstronność norweskich biegaczy to zresztą łącznik między starym światem a dniem dzisiejszym. Jeśli chodzi o technikę, są stawiani za wzór, a według ich szkoły dobry styl to przywilej tych, którzy zawczasu nauczyli się nie tylko biegać, ale również zjeżdżać i skakać.

I choć obsesja medali rosła w sportowym świecie z każdą imprezą, dla Norwegów to był wciąż szlachetny sport masowy. Chyba że chodziło o bezpośrednią rywalizację ze Szwedami. – Trochę złej krwi robiła splątana historia i traktowanie Szwedów jak okupantów. Poza tym ich biegacze zepsuli sobie reputację podczas wojny, w 1941 r., startując w mistrzostwach świata zorganizowanych wspólnie przez nazistowskie Niemcy i Włochy. W Norwegii biegacze przyłączyli się do ruchu oporu. Zbojkotowali kluby kierowane przez kolaborantów – opowiada profesor Goksřyr.

 

 

Ale gdy w pierwszej konkurencji tegorocznych mistrzostw świata – sprincie – faworyci gospodarzy przegrali ze Szwedem Marcusem Hellnerem, żałoby nie było. Pocieszano się: to tylko sprint, a przecież ważniejsze są biegi długie. – Mam wrażenie, że moi rodacy chcą uchodzić za wytrwałych, dzielnych, wytrzymałych. Jak wikingowie albo polarnicy. To bardzo norweskie – uważa Ove Mellingen. W Norwegii szacunkiem porównywalnym z mistrzami olimpijskimi cieszą się zwycięzcy biegu Birkenbeier – rozgrywanego na 54-kilometrowej trasie, którą przed ośmioma wiekami pokonali strażnicy z małym Haakonem.

Trzeba było jednak klęski na igrzyskach olimpijskich w Calgary w 1988 r., skąd Norwegowie wrócili bez jednego złotego medalu, by stworzyć sportowy przemysł narciarski. Przy wsparciu państwowych pieniędzy z wydobycia ropy i gazu zorganizowano system szkolenia mistrzów, na czele z programem Olympia Toppen. Na potrzeby wybrańców pracę rozpoczęła armia ludzi – trenerzy, lekarze, naukowcy. Zbliżały się igrzyska olimpijskie w Lillehammer, zwycięstwo w klasyfikacji medalowej stało się sprawą wagi państwowej. – Kluczowa była współpraca trenerów. Przekaz z góry był jasny: komu nie podoba się łączenie sił, do widzenia. Dla trenerów przyzwyczajonych wcześniej do działania na własna rękę to była rewolucja. Ale większość z nich przestawiła się na nowe metody. I zaskoczyło – opowiada profesor Goksřyr.

Narty to wciąż narodowe hobby, sposób na spędzanie czasu, ale gdy przychodzi do poważnych imprez – żarty na bok, zwłaszcza jeśli medale są do wzięcia na norweskiej ziemi. Biegacze są ulubieńcami narodu. Po zwycięstwach czekają ich pomniki, ale po wpadkach powszechna debata, kto zawinił. Norwegowie czują się powołani do recenzowania swoich bohaterów. Trudno, żeby się nie znali, skoro niemal wszyscy uprawiają ten sport. – Pamiętam atmosferę po igrzyskach w Turynie. Biegacze zawiedli, Marit Bjoergen, murowana faworytka do medali, wyjechała z olimpiady przed czasem, łykając łzy. Żałoba była powszechna, a temat Marit – jak ma trenować, z kim, gdzie, co jej zaszkodziło, kto popełnił błędy, od kogo ma brać narty, a gdzie kupować smary – wałkowano na okrągło. Każdy był specjalistą – wspomina profesor.

Ścigać się do upadłego

Ostatnio Bjoergen jest na ustach wszystkich, wyrosła w biegach na gwiazdę numer jeden. Odkąd zwycięstwa na trasach stały się dla Norwegów sprawą honoru, znów odżył podział na Norwegię i resztę świata. Norwescy biegacze lubią zaznaczyć swoją odrębność, trzymają się z boku, mają opinię zarozumiałych.

Ove Mellingen mówi, że obsesja zwycięstw staje się ciężka do zniesienia, tym bardziej że choroba się szerzy. Przed mistrzostwami w Oslo Mellingen prowokował na łamach: czy to nie trochę mało norweskie ścigać się do upadłego? I jeszcze: dobrze, że mistrzostwa są na naszej ziemi, bo kibice będą mogli na własne oczy przekonać się, że w bieganiu na nartach dobrzy są nie tylko Norwegowie. Bo jest np. taka Justyna Kowalczyk z kraju krótkich zim.

Polityka 10.2011 (2797) z dnia 04.03.2011; Coś z życia; s. 91
Oryginalny tytuł tekstu: "Biała gorączka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak pokroić morze? Przybywa chętnych na kawałek Bałtyku. A rybakom wiatr w oczy

To tylko złudzenie, że na Bałtyku jest bezmiar przestrzeni. Jest coraz ciaśniej i coraz więcej chętnych, którzy chcą wyrwać kawałek morza dla siebie.

Ryszarda Socha
24.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną