Ludzie i style

Ultrabieganie

Biegi ekstremalne – sport dla najbardziej wytrwałych

Maratońska pasja zrobiła z Augusta Jakubika osobę sławną lokalnie, tym bardziej że nie zjada go trema na widok kamer albo gdy trzeba powiedzieć parę słów publicznie. Maratońska pasja zrobiła z Augusta Jakubika osobę sławną lokalnie, tym bardziej że nie zjada go trema na widok kamer albo gdy trzeba powiedzieć parę słów publicznie. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
W biegach ekstremalnych wszystko jest ultra: dystans, zmęczenie, wysiłek, ból, radość, gdy już koniec. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to również ultraprzesada.
Na szczęście producenci sprzętu sportowego stają na wysokości zadania i wypuszczają na rynek buty bez szwów w środku – mniej obcierają.Mieczysław Michalak/Agencja Gazeta Na szczęście producenci sprzętu sportowego stają na wysokości zadania i wypuszczają na rynek buty bez szwów w środku – mniej obcierają.

Gdy August Jakubik opowiada, że mając lat 41 przebiegł ponad 370 km w ciągu dwóch dób, praktycznie rzecz biorąc ciurkiem (bo co to są dwie kilkunastominutowe przerwy?), to ludzie patrzą na niego jak na wariata. To niemożliwe, mówią, człowiek to nie jest robot, musi przecież zdrzemnąć się, choćby na pół godzinki; nie da rady biec 48 godz. niemal na okrągło, padnie w końcu na twarz. Ale Jakubik ma dla niedowiarków twarde dowody w postaci okolicznościowego medalu, pucharu, zresztą w jego mieszkaniu w Rudzie Śląskiej uginają się od nich całe półki – pamiątki z 15 lat biegania w formie ultra.

Maratońska pasja zrobiła z Jakubika osobę sławną lokalnie, tym bardziej że nie zjada go trema na widok kamer albo gdy trzeba powiedzieć parę słów publicznie. Przy takich okazjach reklamuje bieganie, choć od razu zaznacza, że jego ekstremalne odmiany są dla ludzi z charakterem. – Oprócz zdrowia trzeba mieć duszę odkrywcy, czuć potrzebę dokonania czegoś, co przeciętnemu człowiekowi nie mieści się w głowie – uważa Jakubik, który stara się iść przez życie nie oglądając się za siebie. – Zawsze ciągnęło mnie do zajęć oryginalnych. Jako nauczyciel albo tokarz umarłbym z nudów, więc najpierw pochłonęła mnie ornitologia, potem pracowałem na kopalni jako technik wierceń poszukiwawczo-rozpoznawczych – mówi August Jakubik, rocznik 1959, od ponad 15 lat na górniczej emeryturze.

W środowisku ultrabiegaczy Jakubika znają wszyscy. To on za punkt honoru obrał sobie spopularyzowanie w kraju ekstremalnych odmian biegów. – Można uznać, że się udało. Gdy zaczynaliśmy w 1999 r., wystartowało 15 zawodników, w tegorocznych mistrzostwach Polski – prawie 70. Były telewizje, sponsorzy – nie kryje dumy.

Powoli, ale do przodu

Dwie doby biegu to horror w postaci czystej. Dobrze ponad 300 km w nogach. Wcześniej czy później uczestnicy biegną już z trudem, słaniają się, niektórzy zasypiają na stojąco – to odbiera trochę powagi przedsięwzięciu.

Pierwszy w Polsce bieg 48 h odbył się w zeszłym roku w Katowicach. Wygrała Aleksandra Niwińska, lat 25, fizjoterapeutka z Wrocławia. Zmierzona odległość: 323 km z hakiem. – Bez snu nie dałabym rady. Najdłużej spałam 3,5 godz., było też kilka krótkich drzemek – wspomina Niwińska. Jeden z uczestników, który ukończył bieg, nie kładł się jednak ani na chwilę. Na mecie streszczał swoją filozofię następująco: powoli, ale do przodu.

Łatwiej znaleźć chętnych do biegu 24 h, tym bardziej że w takiej formule odbywają się mistrzostwa Polski. Traktujący zawody ambicjonalnie o luksusie snu mogą zapomnieć. Organizatorzy tego typu imprez muszą być przygotowani na wypadek, gdyby uczestników naszła nieodparta potrzeba odpoczynku, ale dla wszystkich w typie Jakubika materac i śpiwór czekające pod wojskowym namiotem są tylko próbą charakteru. – Trzeba znaleźć w sobie dość siły, by nie poddać się pokusie – tłumaczy Jakubik, który z innymi nielitującymi się nad sobą nieraz wymieniał na mecie doświadczenia o względności granicy ludzkich możliwości.

Odpoczywać trzeba umieć. Wie coś o tym Paweł Szynal, oficer Biura Ochrony Rządu, z podwarszawskich Błoni. – Rok temu podczas mistrzostw Polski obrałem następującą taktykę: najpierw mocne sto kilometrów, potem drzemka. No i spałem 8 godz. Budziłem się, ale nie dałem rady wstać – wspomina. Komentowano potem z przekąsem: „Pokusa snu zgubiła prowadzącego”, więc podczas tegorocznych mistrzostw kraju Szynal zmodyfikował plan: już nie wyrywał do przodu, a gdy nogi odmawiały posłuszeństwa, prosił o masaż. Miał trzeci wynik (prawie 220 km), rekord życiowy. Zwycięzca Marcin Sieja był lepszy o 26 km.

Drogę prowadzącą do startów w ultramaratonach ich uczestnicy opisują jak przechodzenie z klasy do klasy: 5 km, 10 km, klasyczny maraton, bieg 12 h, potem dwa razy dłuższy. Uczestnik musi się jednak liczyć z tym, że zanim osiągnie osobistą satysfakcję, przejdzie drogę przez mękę. Choć sam początek biegu bywa dość przyjemny. – Przez mniej więcej pierwsze pięć godzin jest piknikowo. Tempo niespieszne, bo trzeba oszczędzać siły. Truchta się w grupach, gada, żartuje, czas leci – opowiada Szynal.

W szóstej, siódmej godzinie nadciąga pierwszy kryzys. Sporo kilometrów za tobą, już coś pobolewa, a końca nie widać. Cichną rozmowy, bo tematy się pokończyły, zresztą stawka się rozpada, zaczyna się praca na własne konto. Czas się wlecze. Jakubik mówi, że wtedy przydaje się na trasie pomocnik, zwany serwisantem: napój poda, o wynikach poinformuje, na duchu podtrzyma, z letargu wytrąci. Zdarza się jednak, że i serwisantów opuszczają siły. – Podczas jednego z biegów 48 h umówiłem się z kolegą, że włączy kamerę, gdy będę rozpoczynał każdą kolejną setkę kilometrów. Niestety trzeciej, najważniejszej, nie zarejestrował. Zasnął – wspomina Jakubik.

Katorżniczy wysiłek

Najtrudniejsza próba sił, mówią ultrabiegacze, jest między 14 a 16 godz. Startuje się zwykle w południe, więc naprawdę duży kryzys przychodzi w środku nocy. Tempo gaśnie, pokonanie kilometra zabiera 7–8 min. – Brakuje sił, mięśnie domagają się paliwa, ale na samą myśl o jedzeniu chce się wymiotować – opowiada Szynal. Klasyczne zastrzyki energii to banany i batony. Szynalowi dobrze na pobudzenie ciała i ducha robi coca-cola. Jakubik metodą prób i błędów doszedł do wniosku, że nic nie zastąpi kaszek dla niemowlaków. – Co trzy godziny łykam jakieś 300 ml. Świetnie się przyjmuje. Niejeden medal zdobyłem dzięki kaszce.

Ultrabiegacze twierdzą, że mniej więcej do 12 godz. biegną nogi, potem – wszystko zależy od głowy. Dobrze jest uciec myślami z trasy, ale udaje się to tylko pod warunkiem, że ciało jakoś znosi katorżniczy wysiłek. Kiedyś, mówi Jakubik, na porządku dziennym było, że już po wszystkim ściągało się skarpetki razem z paznokciami. Na szczęście producenci sprzętu sportowego stają na wysokości zadania i wypuszczają na rynek buty bez szwów w środku – mniej obcierają. Najlepiej założyć trochę za duże (wziąć poprawkę na spuchnięte stopy), do tego specjalne oddychające skarpetki, broń Boże bawełnę, i już można biec, żadna pogoda niestraszna, o czym na własnej skórze przekonał się Jakubik startując kiedyś na Tajwanie w tropikalnym deszczu. Buty można zdjąć właściwie tylko wtedy, gdy na stopach zrobią się pęcherze. – Przekłuwa się je i leci dalej – beznamiętnie tłumaczy Paweł Szynal.

Co do biegania głową, szukania motywacji, Jakubik twierdzi, że dobrze mieć punkt odniesienia, herosa do podziwiania. On akurat najchętniej sięga po wyczyny Jerzego Kukuczki, jest osobą legendarnego himalaisty zafascynowany. Biegnąc rozmyśla więc o tym, jak Kukuczka marzł, cierpiał i głodował na ścianach ośmiotysięczników, upadał, ale się podnosił, aż do tragicznego końca na południowej ścianie Lhotse. Tak, można powiedzieć, że wspomnienie dokonań i osobowości Kukuczki dodaje Jakubikowi skrzydeł na trasie.

Zdecydowanie bardziej przyziemne podejście ma za to Ola Niwińska, o której Jakubik mówi, że to materiał na wielką mistrzynię w tym fachu. – Może i jest heroicznie, ale czasami bywa też komicznie, zwłaszcza w ostatnich godzinach, gdy cała energia idzie na utrzymanie głowy w pionie, raczej się człapie. Czy lubię bieganie? Noo, czasami mam przesyt. Wtedy przerzucam się na basen. Maratony pływackie w przyszłości? Nie wykluczam – deklaruje, bo i ona uprawia sporty ekstremalne, by wyrazić własną osobowość.

August Jakubik przeżył w zeszłym roku osobisty dramat, bo wykryto u niego wadę serca (jak zapewnia, wrodzoną), która uniemożliwia poddawanie organizmu skrajnemu wysiłkowi, jak na przykład bieg 24 h, co przyprawia go o autentyczny smutek. Dla Jakubika skrajnym wysiłkiem nie jest za to udział w zawodach o połowę krótszych albo maratonie. Żyje w biegowym transie, dzień, w którym nie pokona 30–40 km, to dla niego dzień stracony. Uważa, że nie ma powodów przypuszczać, że ultrawysiłek kiedyś go zabije.

Jedyny śmiertelny wypadek, o jakim mi wiadomo, zdarzył się kilka lat temu u nas, na Śląsku. Z nieba lał się żar i lekarz pełniący dyżur przez 24 godz. doznał udaru. Podczas niedawnych krajowych mistrzostw karetka zabrała z trasy zawodnika z Łotwy. Trafił do szpitala z podejrzeniem zawału, ale po godzinie wypisał się na własną prośbę i poszedł zwiedzać Katowice – opowiada z przejęciem Jakubik.

W poczuciu, że jego organizm ma nieprzeciętne możliwości, utwierdził niedawno Jakubika pewien kardiolog z Warszawy, do którego trafił na konsultacje po tym, jak ukłucia w okolicach serca nie dawały biec. – Powiedział mi, że do tej pory widział takie wyniki na sekcji zwłok – zdradza August Jakubik, nie kryjąc dumy.

Ultramaratony

Paweł Szynal nieraz słyszał od życzliwych, że jego biegowy nałóg to przesada, ale na razie nie zamierza przestać. Są weekendy, kiedy startuje w maratonach dzień po dniu. Ola Niwińska też nie martwi się na zapas. – Na razie czuję się dobrze. Łykam jakieś preparaty na stawy, ponoć pomagają odbudowywać tkanki – informuje.

Profesor katowickiej AWF (woli nie wypowiadać się pod nazwiskiem, bo nie chce narażać się władzom uczelni, reklamującym ultramaratony; sam rektor Zbigniew Waśkiewicz przebiegł podczas imprezy z okazji 40-lecia AWF ponad 50 km): – Po zeszłorocznym biegu 48 h poddaliśmy zawodników badaniom biochemicznym, które miały zobrazować uszkodzenie mięśni w wyniku wysiłku. W największym skrócie chodziło o ucieczkę białek wewnątrz mięśni. Jeden z zawodników, który ukończył zawody, miał przekroczoną normę 300-krotnie. To wprawdzie zjawisko odwracalne, ale ja takiego wysiłku nie polecam. Pozytywów nie widzę.

W przyszłym roku August Jakubik ma zamiar zorganizować 42 maratony w ciągu 42 dni w 42 miastach Polski. I w każdym z nich wziąć udział. Dzień po dniu. Profesor Artur Mamcarz, kardiolog, pracownik Centralnego Ośrodka Medycyny Sportowej: – To szaleństwo. I dodaje, że szukał łagodnego określenia.

Polityka 41.2011 (2828) z dnia 04.10.2011; Coś z życia; s. 91
Oryginalny tytuł tekstu: "Ultrabieganie"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

Hiroszima i Nagasaki – trauma Japonii

Ameryka przeczytała opis skutków zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę dopiero w rok po fakcie. Dla Japończyków to symbol narodowego męczeństwa. Wolą jednak nie rozpamiętywać, jaka droga zaprowadziła Japonię ku tragedii.

Adam Szostkiewicz
06.08.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną