Ludzie i style

WADA ich zbada

O nowych zagrożeniach dopingiem

W organizmie mistrza świata i olimpijskiego w pływaniu, Brazylijczyka Cesara Cielo Filho, wykryto zakazany diuretyk, a mimo to nie spotkała go kara. W organizmie mistrza świata i olimpijskiego w pływaniu, Brazylijczyka Cesara Cielo Filho, wykryto zakazany diuretyk, a mimo to nie spotkała go kara. Christinne Muschi/Reuters / Forum
Rozmowa z dr. Andrzejem Pokrywką o nowych dopingowych modach i o tym, jak łowcy dopingu szykują się do olimpiady w Londynie.
Hiszpański kolarz Alberto Contador dostał dwa lata dyskwalifikacji za wykrycie w organizmie niedozwolonych substancji, choć było go stać na dobrych prawnikówStefano Rellandini/Reuters/Forum Hiszpański kolarz Alberto Contador dostał dwa lata dyskwalifikacji za wykrycie w organizmie niedozwolonych substancji, choć było go stać na dobrych prawników
Andrzej Pokrywka, doktor farmacji, dyrektor Instytutu Sportu, w którym znajduje się laboratorium badań antydopingowych – jedno z 33 akredytowanych na świecie przez Światową Agencję Antydopingową.Iwa Pawlak/Polityka Andrzej Pokrywka, doktor farmacji, dyrektor Instytutu Sportu, w którym znajduje się laboratorium badań antydopingowych – jedno z 33 akredytowanych na świecie przez Światową Agencję Antydopingową.

Artykuł w wersji audio

Marcin Piątek: – Czy medale wywalczone w Londynie powinny być wręczane latem 2020 r., gdy minie termin ważności kontroli dopingowej próbek pobranych od uczestników igrzysk?
Andrzej Pokrywka: – To by oznaczało, że dziś nie istnieją skuteczne narzędzia do łapania nieuczciwych sportowców.

A istnieją?
Oczywiście. W wielu krajach można trafić za kratki nie tylko za stosowanie dopingu, ale też za zachęcanie do brania. Próbki z igrzysk przechowywane są przez 8 lat, a jeśli opracujemy nowe metody wykrywania dopingu, wracamy do podejrzanych fiolek. Sportowcy z elity muszą informować Światową Agencję Antydopingową (WADA) o miejscu pobytu. Jeśli kontrolerzy trzykrotnie nie zastaną ich pod wskazanym adresem – zostają zdyskwalifikowani.

Łowcy dopingu korzystają z pracy operacyjnej wielu służb, na przykład policji. Genialnym wynalazkiem jest paszport biologiczny, w którym tworzy się indywidualny profil parametrów krwi sportowca, a odstępstwo od normy jest dowodem na przyjmowanie dopingu. Karane jest posiadanie zabronionych substancji, podobnie jak manipulacja przy oddawaniu próbki, niestawienie się na kontrolę.

Co dziś jest poza zasięgiem laboratoriów? Doping genowy?
Zmutowanych genów nie jesteśmy w stanie wykryć w standardowym laboratorium antydopingowym. Natomiast umiemy zidentyfikować substancje chemiczne wpływające na mutację. Trafiają one na listę środków zabronionych. Potrafimy też na przykład wykryć erytropoetynę (EPO) – swego czasu dopingowy hit – wyprodukowaną przez zmutowany mięsień, a nie, jak to się normalnie dzieje, w nerkach. Poza tym WADA korzysta z wiedzy światowych autorytetów od genetyki – pracują nad udoskonaleniem metod potwierdzających wykorzystanie terapii genowej w celu dopingu.

Niedawno w „Nature” ukazał się artykuł, którego autorzy, biotechnolodzy, twierdzą, że igrzyska w Londynie będą zawodami mutantów. I że większość lekkoatletów próbuje genowego wspomagania.
Nie wiem, skąd teza, że doping genowy jest rozpowszechniony. Nie mam takiej wiedzy. Mam za to wrażenie, że o dopingu informuje się opinię publiczną tylko wtedy, gdy sprawa ma sensacyjny posmak. Przed igrzyskami w Pekinie alarmowano, że geny przedstawicieli rasy żółtej maskują stosowanie testosteronu. A tymczasem od dawna potrafimy odróżnić testosteron naturalny od tego pochodzącego z zewnątrz. Gdy Michaela Phelpsa przyłapano na imprezie na paleniu jointa, a rodzima federacja zdyskwalifikowała go na 3 miesiące, podniosło się larum, że bogatemu krzywda się nie stanie. Tyle że marihuana poza zawodami nie jest środkiem dopingującym. Phelps został ukarany za zachowanie niegodne sportowca.

Czyli ogląda pan igrzyska bez poczucia, że ktoś pana oszukuje?
Będę oglądał igrzyska z dużą przyjemnością i racjonalnym spokojem. Oraz z przekonaniem, że jak ktoś kombinował, to prędzej czy później zostanie złapany.

Na igrzyskach kontroli ma być poddany co drugi sportowiec i wszyscy medaliści. Trzeba być hazardzistą, żeby wierzyć, że się wymknie z obławy.
Oczywiście. Ale ryzykantów nie brakuje. Niektórych bliskość startu pozbawia instynktu samozachowawczego. Są jak kierowcy, którym coś podpowiada, że fotoradar jest akurat zepsuty, więc przyspieszają. Tak szczegółowa kontrola to raczej odpowiedź na powszechne oczekiwanie czystych igrzysk. I odstępstwo od reguł WADA – by kontrolować przede wszystkim w okresie przygotowawczym, a nie na zawodach.

WADA zapowiedziała właśnie, że kolejny raz przebada próbki pobrane osiem lat temu w Atenach. Trzęsienia ziemi chyba nie będzie?
Biorąc pod uwagę fakt, że w Atenach wykryto 23 przypadki, a niektórych sportowców zdyskwalifikowano za unikanie kontroli bądź manipulacje, to kto wie...

Czy jeśli sensacje tym razem nie wypłyną, będzie to porażka łowców dopingu?
Ja bym mówił wtedy o sukcesie, gdyby metody walki z dopingiem były tak skuteczne, że zniechęcałyby do sięgania po to co niedozwolone.

Optymista z pana. Dyrektor generalny WADA David Howman mówił niedawno, że po zakazane środki sięga około 10 proc. sportowców, a wykrywalność to mniej niż 2 proc.
Jak możemy, utrudniamy dopingowiczom życie. Kiedyś plagą było przetaczanie krwi. Potem przebojem stało się EPO, ale gdy opracowano metodę wykrywania, sportowcy wrócili do transfuzji. Wprowadzono więc paszport biologiczny, poza tym metodę wykrywania tzw. plastyfikatorów, czyli cząstek plastikowych opakowań, w których przechowywana jest krew.

Ale wszyscy już o tym wiedzą. Więc oszuści przechowują krew w szklanych opakowaniach.
To nie takie proste. Krew przechowywana w szklanych butelkach może stracić swoje właściwości i nie nadawać się do przetoczenia.

No to punkt dla was. Ale chyba ciągle jesteście krok za oszustami?
Trudność w walce z dopingiem polega też na tym, że pozytywny wynik testu musi być jednoznaczny. W naszym laboratorium przechowujemy sporo podejrzanych próbek, czekamy tylko na skuteczniejsze metody. Ale pętla się zaciska. Nie chodzi tylko o postęp w analityce czy rozszerzenie definicji dopingu. WADA ściśle współpracuje z koncernami farmaceutycznymi, które użyczają swojej wiedzy na temat produkowanych leków. Jeśli istnieje podejrzenie, że mogą one znaleźć zastosowanie w dopingu, trafiają na listę zabronioną. Nawet jeśli jeszcze nie zostały dopuszczone do obrotu.

Howman narzekał też na mały budżet WADA. Dwadzieścia parę milionów dolarów rocznie. A za same prawa telewizyjne do pokazywania igrzysk olimpijskich w Vancouver i Londynie MKOl zgarnął 4 mld dol. Może ojcom olimpizmu nie zależy na ściganiu nieuczciwych?
Były takie zarzuty i dlatego kontrola dopingowa została w 2003 r. wyłączona spod kurateli MKOl. Powstała niezależna instytucja, wspomniana WADA. Połowę jej budżetu dają rządy państw, które stosują kodeks WADA, a drugą połowę – MKOl.

A wasz budżet to ile?
Około 3,5 mln zł rocznie, w całości pokrywany przez nasz rząd. Wystarczy na wykonywanie takiej liczby testów, by utrzymać akredytację WADA. Ale chcielibyśmy robić więcej. Chciałbym też lepiej płacić personelowi. Bo realia są takie, że moi ludzie zdobywają cenną wiedzę, a potem są podkupywani przez inne zespoły badawcze albo firmy prywatne.

Chociaż może nie powinienem narzekać – w związku z Euro nasze laboratorium, aby spełniać standardy UEFA, zostało doposażone i teraz można je traktować jak referencyjne w tej części Europy. A jeszcze niedawno, gdy staraliśmy się o akredytację WADA i MKOl, sami na sobie robiliśmy testy.

Co proszę? Koksowaliście się?
Powiedzmy, że była to metoda niestandardowa. Braliśmy, siusialiśmy, badaliśmy. Dostawaliśmy od Komisji Medycznej MKOl materiał do zbadania i żeby wiedzieć, co próbka zawiera, musieliśmy ją z czymś porównać.

Co pan brał?
Różne rzeczy. Śmialiśmy się, że jesteśmy jedynymi osobami, które nie ukrywają stosowania zabronionych środków. Dziś by to nie przeszło. Na tego typu działania trzeba mieć zgodę odpowiednich komisji.

To się nazywa walka dla sprawy. Więc dziś, gdy jesteście nowocześni, jesteście też bardziej skuteczni?
Rodzaj badania zależy od zamówienia klienta, w naszym przypadku najczęściej Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie. Chciałbym, żeby dostarczała nam materiału, który wymaga pełnego zakresu badań, ale ona też ma skromny budżet, więc nie zawsze jest to możliwe.

Więc częściej szukacie sterydów niż hormonu wzrostu?
Częściej analizujemy próbki moczu, bo takie badanie nie tylko jest tańsze, ale też do pobrania materiału od sportowca nie trzeba wyspecjalizowanych fachowców. Tymczasem do pobrania krwi do celów testu antydopingowego konieczny jest lekarz z odpowiednim certyfikatem, a o takich trudno.

Czy aby dziś być skutecznym w walce z dopingiem, trzeba częściej badać krew niż mocz?
Tak nie można powiedzieć. Rodzaj materiału do testu zależy od tego, czego szukamy. Żeby być skutecznym, trzeba działać niestandardowo, czyli organizować kontrole bez zapowiedzi. W przypadku niektórych substancji, na przykład hormonu wzrostu, czas między przyjęciem specyfiku przez sportowca a pobraniem próbki musi być bardzo krótki.

To dla was największe zmartwienie?
Jedno z większych. Wiele substancji jest szybko metabolizowanych, więc czas jest bardzo istotny. Oczywiście ważne jest, by próbka szybko trafiła do laboratorium – najlepiej w ciągu 36 godzin od pobrania. Zależy, czego się szuka. Syntetyczne substancje chemiczne nie są poddane ostrym rygorom, ale już z krwią pobraną do paszportu biologicznego trzeba się obchodzić bardzo ostrożnie. Łatwo ten profil zaburzyć.

Na świecie są 33 akredytowane przez WADA laboratoria antydopingowe. Trzeba się bardzo starać, żeby dostarczyć tam próbkę w ciągu 36 godzin.
Niestety, nie wszędzie kontrolerów wita się z otwartymi ramionami. Znane są przypadki, kiedy celnicy zmuszali kontrolerów do otwierania próbek na granicy pod rozmaitymi pretekstami. A pojemnik z zerwaną plombą nadaje się na śmietnik. Gdy po igrzyskach w Atenach oficerowie antydopingowi pojechali na Węgry pobrać materiał do badań od mistrza olimpijskiego w rzucie młotem Adriana Annusa, prawie ich zlinczowano. To nie jest łatwy kawałek chleba.

Dużo jest na dopingowej mapie białych plam?
Od przyłapanych na dopingu sportowców często słyszę: w porównaniu z tym, co robią w Afryce i w Azji, to my jesteśmy niewiniątka. Ale to wiedza zasłyszana. Wszystko zależy od determinacji władz poszczególnych federacji sportowych: jeśli chcą, to znajdą zawodnika nawet w mysiej dziurze. Czytałem, że nasz 800-metrowiec Marcin Lewandowski bardzo się zdziwił, gdy kontrolerzy złożyli mu niezapowiedzianą wizytę podczas obozu treningowego gdzieś w Afryce.

Załóżmy, że zgłaszam swoje miejsce pobytu do WADA z dokładnością co do minuty. Ale wiem jednocześnie, że czas wolny od kontroli jest między 22 a 6 rano. O 22.01 biorę taką dawkę substancji X, że o 5.59 w organizmie nie ma po niej śladu. Dla pewności, gdyby mój metabolizm zwariował, wyjeżdżam na zgrupowanie gdzieś za siódmą górę, dajmy na to – do Osetii Południowej. Złapią mnie?
Odpowiem przepisem z bryku, który 20–30 lat temu dostępny był w nieoficjalnym obrocie. Podawał formułę na stosowanie steroidów w okresie przygotowawczym do zawodów. Opatrzona była ona uwagą mniej więcej takiej treści: przyjmowanie sterydów trzeba zakończyć przynajmniej 3 tygodnie przed kontrolą antydopingową, chyba że będzie ona wykonywana w laboratorium w Kolonii – wówczas 2–3 tygodnie wcześniej. Proszę mi wierzyć, że wszystkie cudowne rady i przepisy pójścia na skróty w sporcie prędzej czy później zostaną zweryfikowane i będą tylko historyczną ciekawostką.

Orzecznictwo Trybunału Arbitrażowego do Spraw Sportu (CAS) trudno uznać za wspomaganie antydopingowej krucjaty. Niedawno trybunał orzekł, że sankcja w postaci wykluczenia z najbliższych igrzysk sportowca zdyskwalifikowanego co najmniej na pół roku jest zbyt surowa.
Sąd jest od przestrzegania prawa. W tym przypadku konkluzja była taka, że nie można karać dwa razy za to samo. Oczywiście jeśli okres dyskwalifikacji pokrywa się z igrzyskami, to ukarany na nich nie wystąpi.

CAS przysłużył się sprawie wcześniej – orzekając, że odchylenia w paszporcie biologicznym są wprawdzie dowodem pośrednim, ale wystarczającym do stwierdzenia niedozwolonego wspomagania. To był precedens, który dał łowcom dopingu nowy impuls. A nad zdyskredytowaniem tej metody pracowały zastępy prawników.

Na wspomnianym wyroku skorzystali m.in. dwaj Brytyjczycy – kolarz David Millar i sprinter Dwain Chambers. Wystartują w Londynie, mimo że nawet w ojczyźnie patrzy się na nich bez sympatii. Zwierzchnicy brytyjskiego sportu są tu pryncypialni – najchętniej karaliby za doping dożywociem, a minimum to dla nich cztery lata. Czy tędy droga?
Jestem analitykiem i uczono mnie, że w chemii rozstrzyga eksperyment. Jeśli są dowody, że surowsze kary odstraszą, to zróbmy to. Ale cztery lata dyskwalifikacji to właściwie sportowa kara śmierci. A zdarzają się przecież przypadki nieświadomego przyjęcia dopingu.

Jeszcze nie słyszałem o sportowcu, który by się przyznał. Zawsze jest to samo tłumaczenie: dosypali mi.
Coraz częściej mamy do czynienia z zanieczyszczonymi lub podrobionymi odżywkami. Tylko w Polsce w tym roku znam kilkanaście takich przypadków. Co nie zwalnia zawodnika od odpowiedzialności. Dopiero co z naszej reprezentacji olimpijskiej usunięto pięcioboistę, który miał pozytywny wynik testu. Prawdopodobnie wziął preparat na własną rękę. Niestety, za lekkomyślność się płaci.

Szkoda tylko, że nie wszyscy jednakowo. W organizmie mistrza świata i olimpijskiego w pływaniu, Brazylijczyka Cesara Cielo Filho, wykryto zakazany diuretyk, a mimo to nie spotkała go kara, bo apteka sprzedała historyjkę o nieświadomym zanieczyszczeniu przygotowywanej dla niego odżywki. Nie ma pan poczucia, że sławny i bogaty zawsze się obroni?
Nie można generalizować. Hiszpański kolarz Alberto Contador dostał dwa lata dyskwalifikacji, a raczej było go stać na dobrych prawników. Wcześniej karano innych wielkich mistrzów. Rozprawa sądowa to część tej gry. Nie obrażam się, gdy oskarżony uchodzi bez kary dzięki kunsztowi swoich adwokatów. Bardziej oburza mnie, gdy białoruskim młociarzom zwraca się medale wywalczone w Pekinie, bo podczas kontroli popełniono błędy proceduralne, choć ich doping nie budził wątpliwości. Aby walczyć z zakazanym wspomaganiem, zrobiono wyłom w świętej zasadzie niedziałania prawa wstecz, ale przed sądem wszystkie wątpliwości trzeba rozstrzygać na korzyść oskarżonego.

rozmawiał Marcin Piątek

Andrzej Pokrywka, doktor farmacji, dyrektor Instytutu Sportu, w którym znajduje się laboratorium badań antydopingowych – jedno z 33 akredytowanych na świecie przez Światową Agencję Antydopingową.

Polityka 31.2012 (2869) z dnia 01.08.2012; Ludzie i style; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "WADA ich zbada"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Jak amerykańskie flippery z Francji do Polski trafiły

Flippery, czyli zręcznościowe, elektromechaniczne maszyny do grania, były kiedyś obowiązkowym elementem wyposażenia w barach, hotelach i... nocnych klubach. O ich losach opowiada Marek Jasicki, który importował je z Francji do Polski.

Łukasz Dziatkiewicz
15.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną