Ludzie i style

Dacz posiadacze

Domek na wakacje – lans, moda, styl życia?

Domek nad jeziorem Sztabinki na Suwalszczyźnie. Domek nad jeziorem Sztabinki na Suwalszczyźnie. Andrzej Sidor / Forum
Maj, posiadacze 700 tys. dacz i rezydencji, holendrów i bacówek zakupili właśnie piwo w zgrzewkach, karkówkę na tackach oraz nasiona malwy ogrodowej (bardzo obecnie modna). I ruszyli z miast w celu – jak to nazywają badacze społeczni – kontrurbanizacji terenów wiejskich.
Kiedy zaczyna brakować pięknych miejsc nad wodą i w lasach, drugie domy buduje się na odrolnionych polach.Łukasz Dejnarowicz/Forum Kiedy zaczyna brakować pięknych miejsc nad wodą i w lasach, drugie domy buduje się na odrolnionych polach.
Podwarszawska wystawa różnych domków działkowych.Stanisław Ciok/Polityka Podwarszawska wystawa różnych domków działkowych.
Dom letniskowy w lesie.Jerzy Romanowski/EAST NEWS Dom letniskowy w lesie.

Pani Justyna nie jest najlepszego zdania o daczposiadaczach. Akurat odnawia z pracownikami trawnik na działce rekreacyjnej, okolice Warszawy, promień do 100 km. Działek przylegających do siebie płotami jest tu kilkadziesiąt. Z punktu widzenia właścicielki profesjonalnej firmy ogrodniczej zjawisko wygląda dramatycznie: Polak nie ceni fachowca, jak go już w ogóle bierze, to patrzy, żeby tanio wyszło, albo zrobi po swojemu; wydaje mu się, że naturalnie i samoobsługowo będzie mu ta działka rosła i kwitła. Słowem – branża usług ogrodniczych jest popsuta. A na działkach – chaszcze na chaszczach, iglak na iglaku, błąd ogrodniczy na błędzie, ślady lekceważenia okoliczności przyrody, np. tego, że rzeka wylewa.

Pani Justyna dostrzega niepokojące dowody chwilowych mód, o, np. niedawno przez trzy dni wycinali katalpę bigoniowatą, egzotyczne drzewo – hit, niepodejrzewane o to, że gdy osiągnie wielkość docelową, będzie w stanie podkopać fundamenty daczy. Obecnie branża szydzi, ale musi akceptować russkij manior (manieryzm rosyjski), co jest aluzją do tak dziwacznie strzyżonych iglaków, że wyglądają one jak wystawowe pudle.

Dają się nabrać daczposiadacze nieuczciwym handlarzom bazarowym, wtóruje pani Justynie właścicielka pobliskiej szkółki (16 lat doświadczenia, 10 tys. sadzonek rocznie, głównie iglaki). Modna robi się pinus ponderosa (sosna żółta); myślą, że kupują za grube pieniądze sadzonki ponderosy, a to zwykła sylvestris, bo niedouczeni, że ponderosa ma po trzy igły w kupce, a zwykła – tylko dwie.

Fenomen drugiego domu (skąd się to bierze)

Kolonizacja turystyczna, kontrurbanizacja, semiurbanizacja, urbanizacja sezonowa – teoretycy zachodni już od lat 60. zjawisko tzw. drugiego domu próbują usystematyzować i przewidzieć, co z tej masowej migracji miasta na wieś wyniknie. Jest to fala potężna i powszechna w zachodnim świecie; znamionuje „rozwój metropolitalnej klasy średniej” i „przemiany krajobrazu postproduktywistycznej wsi”.

Trywialniej mówiąc, mieszczanie – od kiedy mają 5-dniowy tydzień pracy, samochody i perspektywę przyzwoitej emerytury – chcą drugiego domu. Nie dla wszystkich wystarcza willi na nadmorskich klifach (i nie wszystkim na to wystarcza), więc wyraźny jest trend, by osiadać na bretońskiej czy toskańskiej wsi i w zrekultywowanych byłych gospodarstwach kultywować wyimaginowane wiejskie życie. Prawo stoi na straży etnograficznej i ekologicznej poprawności, by od kształtu dachu po szatę roślinną pozostało tam po staremu i po wiejsku, ale w sensie kulturowym, społecznym, ekonomicznym okolice i tak nabierają miejskich braw.

Jeśli chodzi o Polskę ostatnich lat, to termin kontrurbanizacja jak ulał pasuje do okolic masowo zabudowywanych przez naszą dynamiczną klasę średnią obiektami własnej koncepcji i gustu, bacówkami z bali, uziemionymi przyczepami turystycznymi ściąganymi z Holandii i czym tam komu przyjdzie do głowy.

Tak jak na Zachodzie, drugi dom stał się znakiem prestiżu, sukcesu, zdrowego lajfstajlu, lokatą oszczędności. Ale głód kawałka własnego lądu został jeszcze spotęgowany przez lata limitowania mieszkalnych metraży, uziemienia w blokach (72 proc. mieszkańców polskich miast żyje w blokach), zakazu obrotu ziemią. W efekcie pojezierza, pogórza, pomorza, przyrzecza, ale i dość banalne przyrodniczo okolice wielkich miast obrosły osobliwymi tworami wiejsko-miejskimi. Setki semidomów przy semiulicach: Wróbelka, Kuropatwy, Tomcia Palucha, Działkowiczów, Bitwy Warszawskiej… Płoty, siatki, parkany, a za nimi cyprysy, malwy, katalpy, chaszcze.

Liczbę drugich domów w całej Polsce badacze szacują na 650–700 tys. Z Diagnozy Społecznej wynika, że 5 proc. Polaków ma jakąś rekreacyjną nieruchomość, a 13 proc. działkę. (W 2000 r. odpowiednio 3 i 7 proc.). Wydawałoby się, że nie tak dużo. Ale zważywszy, że zainteresowani są tym mieszkańcy miast (9 mln gospodarstw domowych), liczba robi większe wrażenie. Bo to znaczy, że co dziesiąta rodzina z wielkomiejskiego bloku staje co tydzień w piątkowym wyjazdowym korku albo najpierw pod supermarketem – po piwo i przyprawioną do grillowania karkówkę.

Leśniczówki i nówki (ile tego jest)

Tak to przynajmniej widzi wójt X. Wypowiedziałby się pod nazwiskiem, ale wtedy wypowiedź byłaby urzędowo entuzjastyczna, a tak będzie prawdziwa. Wójt zarządza semigminą, gdyż stałych mieszkańców liczy ona 7,6 tys., a weekendowych nieruchomości jest 1,3 tys. Zresztą większość stałych pracuje w Warszawie, więc też są weekendowi, a kilku weekendowych po przejściu na emeryturę przeprowadziło się do dacz na stałe. Zdaniem wójta jest kryzys i boom na działki chwilowo, a może i bezpowrotnie, minął.

Istotnie, jak to opisują prof. Krystian Heffner i dr Adam Czarnecki, autorzy badań uwieńczonych książką „Drugie domy w rozwoju obszarów wiejskich” (Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN), obrastanie w drugie domy ma w Polsce wyraźne fale. Zjawisko obecne od XIX w. (wtedy dacze powstawały wzdłuż linii kolejowych prowadzących z Warszawy, Poznania, Łodzi), regres miało w początkach PRL. Odradzać się zaczęło w latach 60., a do jego pierwszej eksplozji doszło z końcem lat 70. Działka weszła na listę dóbr reglamentowanych przez władzę dla – jak to krótko ujmują badacze – zasłużonych i zaprzyjaźnionych. Budowano lub dzierżawiono rozmaite leśniczówki, młyny i wiatraki, często w miejscach przyrodniczo fantastycznych i odludnych.

Transformacja o tyle zmieniła ten stan rzeczy, że to co dzierżawione, powoli stawało się prywatne, lecz zasada zasłużony/zaprzyjaźniony trzyma się dość krzepko. Władzom gminnym czy nadleśniczym prawo pozostawiło dużą swobodę w orzekaniu, które nieruchomości są lokalnej wspólnocie czy państwu zbędne oraz kto w nowych realiach jest uprawniony, by je kupić po preferencyjnej cenie. W efekcie media pozżymały się wokół kilku afer, jak np. ta Jacka Kurskiego (za grosze kupił „bezużyteczną ruinę”, czyli dwukondygnacyjny dom po b. sekretarzach KW z Elbląga). Albo jak przejęcie i uwłaszczenie dawnych zakładowych ośrodków wypoczynkowych w sercach mazurskich rezerwatów przez Lasy Państwowe, by założyć tam zamknięte osiedla dla własnych notabli i przyjaciół z lokalnej sceny polityczno-urzędniczej. W państwie prawa własność jest jednak sprawą świętą i coraz mniej komukolwiek chce się donkiszotować po sądach przeciw tym oczywistym nieuczciwościom.

 

Inny stosowany w PRL wariant dojścia do daczy to nieformalne umowy kupna-sprzedaży gruntu rolnego. Droga dla biegłych w omijaniu realsocjalistycznych nakazów i zakazów – do posiadania gruntu wymagano bowiem uprawnień rolniczych. Niektórzy załatwiali sobie papiery na lewo. (Ta droga też ma swoistą kontynuację – tam gdzie nie opracowano planów zagospodarowania przestrzennego, wystarczy kupić hektar pola i już możesz stawiać sobie siedlisko).

To jednak nie dacza „socjalistyczna” dominuje dziś w krajobrazie. W reprezentatywnej próbie zbadanej niedawno przez prof. Heffnera i dr. Czarneckiego już tylko 10 proc. drugich domów pochodziło z czasów PRL. 76 proc. – z boomu lat 1996–2005. Podobny wynik osiągnął dr Czesław Adamiak z UMK, który inwentaryzował w tym względzie Bory Tucholskie. W 1987 r. nie było tu nawet 500 letnich domków, w 1997 r. – już prawie 1 tys., w 2013 r. – blisko 3 tys. 85 proc. to zupełne nówki, pobudowane (zaparkowane, bo to często także holendry) na zakupionej działce. Stare siedliska też się kupuje. Relatywnie dużo takich adap­tacji jest w Podlaskiem, Lubelskiem, Świętokrzyskiem; często to po prostu spadkobiercy daczują na swojej ojcowiźnie.

Lecz standardowa działka pochodzi z chłopskiej wyprzedaży. Co czwarty stały mieszkaniec wsi (PAN) przyznał, że sprzedał w ciągu ostatnich 25 lat jakiś kawałek swej własności, uzyskując średnio 63 tys. zł za działkę i 10 tys. zł za dom. Trudno o miarodajną odpowiedź nabywców, za ile co się kupowało – odpowiedzi wahają się od 60 zł do 3 mln zł, a 66 proc. daczposiadaczy odmówiło odpowiedzi na to pytanie. Wójt X powiada, że w jego semigminie ceny wahają się dziś od 5 do 100 zł za metr kw.; żeby kupić coś z sensem, trzeba zapłacić co najmniej 50 zł.

Preferencja nabywców – stwierdzają badacze z PAN – w ostatnich latach przesunęła się na okolice podmiejskie. Żeby jednak było blisko (z Łodzi lub Warszawy posiadacz dojeżdża średnio 63 km). Preferowana wielkość działki to 500–1000 m kw.; domy buduje się raczej nie za duże, 50–100 m kw., samodzielnie lub z udziałem osób trzecich (czytaj szwagra i jakiegoś speca – złotej rączki). Żeby nie za drogo.

Co innego nad morzem czy w górach. Tu Polak gotów jest dojeżdżać nawet 600 km (to pojedynczy rekordziści; średnio nadmorski z pierwszego do drugiego domu jedzie 192 km, górski – 128 km). Nad morzem buduje się na bogato, bo też 26 proc. posiadaczy swoje lokum wynajmuje wczasowiczom. W podmiejskich semigminach raczej się nie wynajmuje. Najbliższa rodzina, znajomi, znacznie rzadziej dalsza rodzina – taki jest tu model towarzyski.

Leniuchowanie rekreacyjne (kto to ma i co tam robi)

Przyjeżdżają, zamykają się za bramą, piją piwo, grillują. Czasem wychodzą zza bramy, ku złości miejscowych sklepikarzy proszą, żeby to supermarketowe piwo schłodzić im w sklepowej chłodziarce. Wyjeżdżają. Tak to obserwuje wójt X, toteż nie jest w stanie nic bliższego powiedzieć o profilu społecznym swoich semimieszkańców.

Badania PAN rozjaśniają sprawę: 56 proc. daczposiadaczy to mieszkańcy metropolii; gustują w nich zwłaszcza mieszkańcy Wrocławia, Katowic, ale też np. Białegostoku. Najliczniejsi to osoby w sile wieku – 42–51 lat. Ponad połowa ma wykształcenie wyższe i 39 proc. średnie. Najczęściej spotykane zawody: właściciele firm, handlowcy, pracownicy administracji, budowlańcy, nauczyciele, księgowi, architekci, nauczyciele akademiccy. Zdecydowana większość osiąga dochody od 3 do 10 tys. zł miesięcznie. Wyższe deklaruje tylko 7 proc.

Bardzo młodych jest niewielu, podobnie jak tych powyżej 62 lat (po 6 proc.), choć aż 36 proc. wszystkich ma rentę lub już emeryturę. To dość zdumiewający wynik, ale też tłumaczy on, skąd właściwie daczposiadacze mają tyle czasu, by go tam trawić. Z badań dr. Czesława Adamiaka wynika, że są w stanie odwiedzić swoją posiadłość średnio 21 razy w roku. Z badań PAN – że daczowicz nadmorski przebywa tam średnio 93,5 dnia w roku! Ten podmiejski też niemało – 56 dni.

Słowo trawić zostało użyte nieprzypadkowo, albowiem wśród ulubionych form daczowej rekreacji leniuchowanie znalazło się na wysokim czwartym miejscu, zaraz za spacerowaniem, siedzeniem z rodziną oraz zbieraniem jagód i grzybów (badania UMK). Nikłe wskazania uzyskały: biegówki, żeglowanie, nordic walking, bieganie, a nawet wędkowanie. Szczęśliwie również w dole tabeli znalazły się jazda na quadzie, pływanie motorówką oraz polowanie. Oglądanie telewizji nieznacznie przegrywa z opalaniem, gotowanie i zajmowanie się ogrodem wygrywa natomiast ze zwiedzaniem okolicznych zabytków.

Jednakowoż dacze zaspokajają dwie fundamentalne potrzeby. Logistyczną – są wakacyjnym kojcem, w którym na wiele tygodni można umieścić dzieci z dziadkami. Oraz filozoficzną – nieustanne wznoszenie, poprawianie, naprawianie, zakręcanie wody na zimę, odkręcanie na wiosnę itd. wydaje się w wielu wypadkach nie tyle wypełniać treścią weekendy, co sensem – życie.

Stówka rocznie (jak układają się relacje)

Nadzieje i hipotezy badaczy, zwłaszcza zachodnich, że wielkomiejscy kolonizatorzy i rdzenni mieszkańcy utworzą nowy rodzaj społeczności, w Polsce raczej nie znajdują potwierdzenia. Jeśli jakoś nazwać stan tych relacji, to chyba jest to dystans. Chłodny dystans.

Okresowi nie lubią stałych, bo pazerni, bo mają wredny stosunek do zwierząt, bo za szybko jeżdżą po drodze. Władze lokalne wydają im się za mało dynamiczne i przychylne. Głównym problemem są drogi. Oni by chcieli już, natychmiast, pod własną bramę, powiada burmistrz X, tyle że jedni asfaltową, a drudzy absolutnie żwirową.

Przychodzi do gminy okresowy i mówi, że mu zalewa dom, a dotychczas nie zalewało. Wójt pyta: A był ciek wodny przez działkę? Był. I zasypał pan? Zasypałem. Albo sąsiad zasypał. Do sąsiada okresowy nie pójdzie, bo po co będzie psuł stosunki na lata? Wójta wysyła. Jak wójt nie chce, to straszy telewizją. Więc wójt: niech przyjeżdża telewizja, powiedzcie tylko kiedy, to włożę lepszą koszulę.

 

Niby miejscowi więcej widzą plusów niż minusów w kolonizacji (zarobili na sprzedaży gruntów, infrastruktura przeważnie się poprawia – drogi, wodociąg, kanalizacja), ale im młodsi i bardziej wykształceni, tym bardziej kapryśni. Tłok, hałas, ruch, dewastacja środowiska i – co ciekawe – demoralizacja (aż 38 proc. stałych ją wymienia w minusach).

Kolonizacja teoretycznie miała dać „postproduktywistycznej wsi” robotę. Tu deklaracje miejscowych i przyjezdnych mocno się rozchodzą. Lokalsi powiadają, że zarobić w ogóle nie idzie, przyjezdni – że zostawiają na miejscu sporo pieniędzy. Weźmy sprzedaż żywności, takiej prosto z gospodarstwa, wydawałoby się – powinna hulać. Ledwie 5 proc. gospodarzy mówi, że sprzedaje nabiał; mają z tego średnio 375 zł rocznie. Miód, grzyby, maliny? 4 proc. coś sprzedaje, zarabia na tym średnio stówkę rocznie (rekordzista 600 zł).

Za to aż 37 proc. kolonizatorów twierdzi, że coś w terenie kupuje. Gdy jednak sięgnąć do szczegółów, wychodzi na to, że głównie na okolicznych stacjach benzynowych. Bo tylko 3 proc. przybyszy korzysta z usług remontowych i budowlanych miejscowych fachowców. 3 proc. obstalowuje koszenie trawnika. 2,5 proc. wynajmuje kogoś do pilnowania domu (czuwają głównie firmy ochroniarskie). Z małej gastronomii korzysta 2 proc.

Wójt X relacjonuje opinie miejscowych: kiedyś na letnisko to przyjeżdżały pany, a teraz dziady. Wysiadał taki z pociągu, kazał nieść za sobą teczkę, ale jak płacił! Za wszystko płacił. Teraz chcą mieć wszystko i za nic nie płacić. Przyjeżdżają tak załadowani, że aż im samochody przysiadają na kuprach, a przednie światła świecą w górę. Kiedyś przyjeżdżali ze światłami w dół, wyjeżdżali – świecili w górę. Badacze PAN: „Reasumując, relacje handlowo-usługowe mają charakter sporadyczny”.

Teren prywatny, wstęp wzbroniony (co z tego wyniknie)

Marnie wyglądają też wpływy podatkowe. Kolonizatorzy płacą bowiem podatki dochodowe w mieście (podwarszawskie gminy organizują nawet loterie: Płacisz podatki u nas, do wylosowania laptop, rower, motorower, samochód). A z podatków gruntowego i od nieruchomości pochodzi zwykle ułamek procenta dochodów własnych gminy; tylko te wybitnie uzdrowiskowe mają jakiś przyzwoity grosz, nawet 10 proc. dochodów. Zwykle wyznacza się bardzo niskie stawki opłat. Na zachętę, żeby jednak kolonizowali.

Bo też, trochę paradoksalnie, gminy, zwłaszcza te wokół wielkich miast, gorąco o kolonizację zabiegają. Wręcz o kolonizatora się biją. Bo to jedyna ich szansa, żeby trwać. Gleby V i VI klasy, powiada wójt X, rolnictwa już tu nie będzie. Natura 2000, dodaje, przemysłu nie wpuścimy. Na co postawić?

Prof. Heffner (obecnie związany z uczelniami w Opolu i Katowicach, mieszkaniec drugiego domu zamienionego na pierwszy) mówi, że te gminy, które mają jeszcze jakieś grunty do sprzedania, poszukują deweloperów, idą na ustępstwa, pozwalają na urbanistyczny i architektoniczny groch z kapustą. Przekształcają tereny zalewowe w budowlane, bo z pozoru restrykcyjna ustawa o zagospodarowaniu przestrzennym pozwala ulokować dom w najbardziej nieprawdopodobnym miejscu. Liczą, że w ten sposób skłonią wielkomieszczan, by na ich terenie stawiali nie drugi, lecz od razu pierwszy dom. Nadzieja, że drugie domy przekształcą się w pierwsze, nie jest bezpodstawna – aż 30 proc. ich posiadaczy deklaruje dziś taki zamiar. Na emeryturze się przeniosą. Tylko czy na pewno? Infrastruktura to także lekarz, szpital, apteka… O tym, co będzie potrzebne za 5, 10 lat, na razie ani oni, ani władze nie myślą.

A ponadto, jak inteligentnie rozpoznają już w badaniach stali mieszkańcy wsi, podstawowy mankament kolonizacji to… sama kolonizacja. Wyczerpywanie się zasobów. Kurczenie terenów. Grodzenie dostępu do jezior i rzek. Według dr. Adamiaka co drugi dom w Borach stoi ledwie 50 m od lasu, a co dziesiąty bezpośrednio nad rzeką lub jeziorem. Do setek kilometrów brzegów polskich rzek i jezior nikt obcy się nie dostanie z lądu. A jak podpłynie na prawem dostępny dla ogółu pas szerokości 1,5 m, to prosto pod tę upiorną, wszędobylską tablicę: „Teren prywatny, wstęp wzbroniony”. Bezczelne, powszechne łamanie prawa. Ale setki internetowych ogłoszeń kupna-sprzedaży kuszą: Własna linia brzegowa! Prof. Heffner łaskawie nazywa to samolubstwem, dziecięcą chorobą właścicieli. Mówi, że następne pokolenie daczposiadaczy już takie nie będzie.

Tylko czy następne pokolenie w ogóle jeszcze będzie zainteresowane? Czy nie zostaniemy z jakimś pokolonizacyjnym bardakiem: dziesiątki nie wiadomo czyich działeczek z rozpadającymi się holendrami pod zdziczałymi katalpami? Z zaburzonymi stosunkami wodnymi, śmieciami po lasach, z przeciekającymi szambami?

Z ubiegłorocznej Diagnozy Społecznej wynika, że odsetek daczposiadaczy stanął w miejscu. Kryzys? Młodych nie stać na drugie domy, bo są w dożywotniej pętli kredytowej na te pierwsze. A może to nie ich lajfstajl (zachodni badacze efektownie go nazwali flexible, multi-attachment lifestyle – elastyczny, wielomiejscowy styl życia) i wcale do dziedziczenia tego kramu nie będą chętni?

Cała nadzieja w tym właśnie, że polski głód działki i płotu już został nasycony, zjawisko samo się ograniczy. No bo co można zrobić? Zabronić ludziom sprzedawać, kupować, budować? Byłoby to wbrew konstytucyjnym wolnościom, a ponadto Polak każdy przepis ominie. Narzucić twarde estetyczne normy? Wójt X tylko się uśmiecha: a do jakiegoż mianowicie architektonicznego dziedzictwa miałby się w swojej gminie odwołać, skoro tu nigdy żadnego stylu nie było?

W nowej strategii gminy chce postawić na ścieżki rowerowe, trasy biegowe, bazę dla turystyki aktywnej. Do 2014 r. stawiała na daczposiadaczy. Takich jak pani M., która po okresie euforycznym (poszukiwanie działki, budowa domku 2004–07 r.) przeszła przez okres bukoliczny (sadzenie iglaków, a jakże, katalpy, uprawa warzyw 2008–11 r.), by wejść w okres depresyjny (dorastające dzieci radykalnie zerwały z działką po hucznej osiemnastce tu wyprawionej; sąsiad dobudował pięterko, zasłaniając najlepszy kawałek pejzażu; przyszły niepowodzenia ogrodnicze – wylał strumień i woda stała do lipca 2012 r.). Obecnie jest na etapie trochę niewolniczym. Z jednej strony myśli o sprzedaniu. Z drugiej – pojechała na Wielkanoc, teraz na majówkę, potem są imieniny Jana, no to duży grill, zaraz Boże Ciało… No i malwy w lipcu daje się do gruntu, żeby zakwitły na przyszły rok.

Polityka 18.2014 (2956) z dnia 27.04.2014; Temat tygodnia; s. 12
Oryginalny tytuł tekstu: "Dacz posiadacze"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Co z tymi czołgami? Niemiecka prasa o kolejnym sporze Warszawy i Berlina

Spór o Leopardy, obiecane ponoć Polsce w ramach „zamiany okrężnej”, zmienił się w kolejny punkt zapalny. Sprawa rozgrywana jest przez rząd PiS jak zwykle w pełnym świetle jupiterów.

Adam Krzemiński
07.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną