Jak się zmieniały trendy w polskiej modzie?

Transformacja stylu
Na początku lat 90. chcieliśmy wyglądać zamożnie i światowo, ale efekt był najczęściej tandetny. Dziś wyglądamy lepiej, ale nudniej, bo w tamtym żywiołowym kiczu odbijały się nasze aspiracje i społeczne zmiany.
Jarmark Europa (dziś Stadion Narodowy), 1994 r. Polacy chętnie nosili się wtedy na bogato: złoto, futra, fryzury... - opowiada projektant Tomasz Ossoliński.
Maciej Belina Brzozowski/PAP

Jarmark Europa (dziś Stadion Narodowy), 1994 r. Polacy chętnie nosili się wtedy na bogato: złoto, futra, fryzury... - opowiada projektant Tomasz Ossoliński.

Agnieszka Hajtek, finalistka Miss Polonia, 1992 r.
Janusz Sobolewski/Forum

Agnieszka Hajtek, finalistka Miss Polonia, 1992 r.

Spółdzielczy Dom Towarowy Centrum w Łodzi, 1989 r.
Aleksander Jałosiński/Forum

Spółdzielczy Dom Towarowy Centrum w Łodzi, 1989 r.

Żeby sprawdzić, jak wyglądała polska ulica w latach 90., nie trzeba ze wstydem spoglądać do rodzinnych albumów. Wystarczy spot nakręcony z okazji 10-lecia Polski w Unii Europejskiej. Trwa minutę, modzie dostało się raptem kilka sekund: widzimy wejście na nieistniejący już Jarmark Europa (dziś Stadion Narodowy), gdzie w najlepsze trwa handel ubraniami z łóżek polowych. Nie ma przymierzalni, luster, informacji o rozmiarach. Najważniejsze, że towar jest dostępny i tani. Moda i styl były wówczas pojęciami dość egzotycznymi, a słowo „trend” kojarzyło się ze statystyką. – Wtedy modę w Polsce projektowali tylko Jerzy Antkowiak w Modzie Polskiej i Barbara Hoff w Hofflandzie – wspomina projektantka Lidia Kalita, współzałożycielka jednej z pierwszych marek odzieżowych Simple Creative Products, która dziś rozwija nową firmę pod własnym nazwiskiem. Poza dwójką legendarnych dziś projektantów w branży tekstylnej działały ogromne zakłady przemysłowe, szyjące głównie na eksport, oraz niewielkie butiki, zaopatrywane na własną rękę i – niestety – we własnym stylu przez ich właścicieli. – Część ubrań była nowa, miała jeszcze metki, część używana, ale była w bardzo dobrym stanie i gatunku. Takie rzeczy można dziś znaleźć w sklepach z modą vintage – komentuje stylista Sławek Blaszewski, który pracę w zawodzie zaczął w 1994 r.

Mimo pionierskiej i konsekwentnej pracy polskich projektantów z PRL (do wymienionej dwójki kreatorów trzeba dodać Grażynę Hase), moda jako taka miała w kraju złą famę.– Basia Hoff wymieniała mi, co było w tamtych czasach koronnym argumentem przeciwko modzie: że jest droga, niedostępna, niewygodna i nie nadaje się do noszenia w tramwaju. Była uważana za wytwór „zgniłego Zachodu” – wspomina Adam Gutowski, jeden z pierwszych polskich stylistów, dziś współwłaściciel butiku Horn&More.

„Sklepów jest dużo, ciuchów jeszcze więcej, ubrać się nie ma gdzie” – pisała w 1994 r. Joanna Bojańczyk, dziennikarka „Twojego Stylu” (wprowadzonego na rynek w 1990 r.). I krytykowała społeczeństwo za noszenie tanich ubrań z Chin, Tajlandii czy Indii, kupowanych na bazarach, najczęściej z metalowych budek zwanych szczękami. Na jej czarnej liście znalazły się też m.in. dżinsy marmurki, bermudy w palmy oraz logomania. „Jak ognia boimy się rzeczy zwyczajnych, źle sprzedają się proste fasony, jednolite kolory” – dodawała Bojańczyk. A na świecie do mody wchodził właśnie minimalizm, który był reakcją na przepych lat 80. oraz kryzys gospodarczy z początku dekady.

W Polsce trendy dyktowała za to telewizja, za wzór szyku uchodził serial „Dynastia”, pokazywany z kilkuletnim opóźnieniem. – Polacy często chcieli przez modę pokazać swój status majątkowy, dlatego czasami nosili się na bogato: złoto, futra czy fryzury większe, niż być powinny – komentuje Tomasz Ossoliński, krawiec i projektant, który pracę w zawodzie zaczynał w 1993 r. Dziś wyrocznią mody są blogerzy i celebryci – gatunki ćwierć wieku temu nieistniejące. Nie było brukowców ani portali żyjących krojem sukienek gwiazd, ale przede wszystkim w tamtych czasach liczyła się sztuka, a nie jej otoczka. Styliści zaczęli współpracę z gwiazdami dopiero w połowie dekady. – Menedżer pierwszego polskiego boysbandu, grupy Just 5, dawał mi za wzór wycinki z niemieckiego pisma „Bravo” – wspomina Sławek Blaszewski, który ubierał chłopaków w dżinsy i koszulki z showroomu marki Diesel.

Emocje wzbudzał styl ministra pracy Jacka Kuronia, który od garniturów wolał dżinsowe koszule, zresztą do dziś wskazuje się go jako sztandarowy przykład, że w modzie najważniejsza jest osobowość.

Według klasycznej teorii socjologa Georga Simmela, najbardziej podatna na modę jest klasa średnia – arystokracja ma styl ponadczasowy, a klas najniższych na ubieranie się według kryteriów innych niż praktyczność po prostu nie stać. Dr Justyna Jaworska z Instytutu Kultury Polskiej zwraca uwagę, że stroi się przede wszystkim „nowe mieszczaństwo”, podkreślając w ten sposób swój nowo wypracowany status: – Od 1989 r. tworzyła się polska klasa średnia, bez tradycji i kulturowego zaplecza, za to z ogromnymi aspiracjami. Pamiętam szał podróbek albo męskie garnitury w kolorze buraczka lub sałaty. Przełom lat 80. i 90. w modzie był kiczowaty, nie tylko dlatego, że taki wzór przyszedł do nas z Zachodu – po prostu nieumiejętnie go podrabialiśmy.

O ile gust prywatny Polaków raził tylko fachowców od mody, o tyle przemiany rynkowe wymusiły zmianę stylu profesjonalnego. Gutowski wspomina, że przez wiele lat wzorem dla stylu biznesowego był protokół dyplomatyczny. Sztywny, zbyt rygorystyczny, będący zaprzeczeniem mody. Ossoliński opowiada, że biznesmeni nosili głównie obszerne marynarki, w których podwijali rękawy. Synonimem luksusu był Hugo Boss. Zabawne historie o tym, jak odchodzący ministrowie spotykali się ze swoimi następcami bez spodni w przymierzalniach magazynów z garniturami Bytom, krążyły latami w fabryce.

W modzie damskiej królowała dzianina. Na początku lat 90. zrobione z przędzy swetry czy sukienki kobiety zakładały nawet do pracy, co w świecie biznesowego dress code’u jest poważnym wykroczeniem. Wchodzące do Polski międzynarodowe firmy uczyły więc nie tylko korporacyjnej kultury, ale i mody. Simple był wówczas jednym z nielicznych butików, gdzie można się było ubrać modnie i stosownie. Projektantka Lidia Kalita wspomina, że początkowo kobiety do pracy najchętniej kupowały garnitury ze spodniami. – Stylizowały się po męsku, co pewnie wynikało z braku pewności siebie. Ta tendencja zaczęła się zmieniać dopiero na przełomie wieku.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj