Ludzie i style

Sparowani na Krzesiwie

Nowy trend na rynku: aplikacja do swatania

Tinder – „Tak jak w życiu, tylko lepiej”. Tinder – „Tak jak w życiu, tylko lepiej”. Bernhard Lang / Getty Images
Gra idzie o serduszko. Jeżeli pojawi się na ekranie, oznacza to przejście na wyższy poziom: rozmowy. Z prawdziwą osobą, która na dodatek jest gdzieś w okolicy. Tak działa Tinder – swatka XXI w.
Tinder jest jak gra idealna, bo nie można w nim przegrać.Tara Moore/Getty Images Tinder jest jak gra idealna, bo nie można w nim przegrać.

Najpierw trzeba poświęcić trochę czasu na przeglądanie talii zdjęć i odhaczanie po kolei: „serduszko”, „krzyżyk” lub przesuwanie w prawo na „tak” i w lewo na „nie”. Wszystko w zależności od gustu, zainteresowań, krótkiego opisu czy wspólnych znajomych – powiązanie z Facebookiem ma gwarantować bezpieczeństwo i realność użytkowników. Osoba obdarowana serduszkiem o tym nie wie, ale jeżeli sama, przeglądając zdjęcia, natrafi na nasz profil i też go polubi, to oboje dostaniemy komunikat o utworzeniu pary i od tej pory możemy się porozumiewać na wewnętrznym komunikatorze.

Tinder (Krzesiwo) to aplikacja na smartfony, lokalizująca innych użytkowników w okolicy. Zasięg ustalamy sami: od 1 do 100 km. Cel? Konwersacja, flirt, randka albo sam seks, wszystko zależy od zainteresowań osób zaangażowanych. Jednak twórcy aplikacji zastrzegają, że nie jest ona tym samym co działający na podobnych zasadach Grindr, którego główną misją jest ułatwienie znalezienia partnera na jedną noc wśród społeczności gejowskich. Przerzucanie zdjęć w lewo lub w prawo przychodzi bardzo naturalnie, w dodatku to miły zabijacz czasu na przystanku autobusowym albo na nudnej konferencji. Nie ma jednak miejsca na wahania: odrzucone profile znikają na zawsze i nie ma już do nich powrotu.

Cześć, ładna jesteś

W tygodniku „Time” szef projektu Sean Rad mówił: „Ludzie nie używają Tindera, bo szukają czegoś specjalnego. Używają go, bo chcą rozrywki. Nieważne, czy znajdą parę czy nie już samo przesuwanie jest wystarczająco fajne”. W odpowiedzi na krytykę, że aplikacja jest płytka i niczym się nie różni od katalogu zdjęć, Rad zauważa, że „Tinder działa tak samo jak my, kiedy wchodzimy do pokoju pełnego ludzi i, podświadomie skanując wszystkie twarze, dzielimy ich na tak i nie”. Ale czy to rzeczywiście aż takie proste? – Tak, gdy mowa o pierwszym momencie, w którym decydujemy o nawiązaniu z kimś relacji – komentuje dr Julita Koszur, psycholożka z wrocławskiego wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Formułując pierwsze wrażenie o innych, opieramy się na wyglądzie, zachowaniu oraz na kontekście, w jakim dokonujemy oceny. To pozwala nam wnioskować o osobowości, zainteresowaniach i o tym, czy mamy ze sobą coś wspólnego.

Na Tinderze kontekst jest wszystkim, bo w 99 proc. przypadków wyboru należy dokonać na podstawie kilku fotografii: klasycznych łazienkowych selfie, zdjęć z przyjaciółmi, w stroju plażowym bądź wyjściowym. Czasami też na podstawie elementów wyłapywanych z informacji zamieszczonych na Facebooku, takich jak wspólni znajomi czy np. ten sam ulubiony serial.

I chociaż Tinder nie jest pierwszą aplikacją tego typu, okazał się hitem. Codziennie na całym świecie użytkownicy oceniają ponad 800 mln profili, tworząc 10 mln par. Płomień, który jest symbolem aplikacji, przyciąga nie tylko zwykłych śmiertelników. W lutym tego roku rozgrzał sportowców zgromadzonych na igrzyskach olimpijskich w Soczi: w jednym z wywiadów złota medalistka w snowboardzie Jamie Anderson mówiła zupełnie otwarcie o tym, że zdecydowała się usunąć konto, ponieważ ilość atletycznych „ciach” przeszkadzała jej w skoncentrowaniu się na zawodach. Z dnia na dzień Tinder zwiększył liczbę użytkowników w Soczi o 400 proc., a jego twórcy spodziewają się podobnego scenariusza w czasie tegorocznego mundialu. Randkuje też Hollywood: z aplikacji korzystają już Lindsay Lohan i Ashton Kutcher, a także piosenkarki Katty Perry i Lilly Allen. Aby z grona użytkowników wykluczyć tych, którzy podszywają się pod sławne osoby, aplikacja wprowadziła weryfikację profili. Tak więc prawdziwego Ashtona od tego fałszywego użytkownicy odróżnią po specjalnej odznace: certyfikowanej sławy na pewno nikt nie przerzuci na „lewy” stos.

– Obecnie największą bazą użytkowników w Europie jest Wielka Brytania, ale goni ją reszta Europy. W Polsce liczba użytkowników zwiększa się codziennie o 2 proc. – mówi POLITYCE Rosette Pambakian, dyrektor ds. komunikacji marki. Nad Wisłą z aplikacji korzystają głównie 20–30-latki z dużych miast. – Kiedy po zerwaniu z chłopakiem zaczęłam żartować, że chyba czas, by założyć konto na Sympatii, moja znajoma pokazała mi Tindera – opowiada Karolina, 30-letnia mieszkanka Warszawy. Piotrek, 30 lat, używa aplikacji od lutego: – Serwisy randkowe są jak ogłoszenia matrymonialne z początku wieku, działają topornie i powoli. A tutaj mamy coś, co jest szybkie, nieskomplikowane i na luzie. Ania, 28 lat, przed Tinderem korzystała z innej aplikacji społecznościowo-randkowej, Badoo. – Ale było strasznie nudno, a na Tinderze byli fajni ludzie, a nie łyse dresy. Nie było tekstów w rodzaju: „Cześć, ładna jesteś”, tylko ciekawe i inteligentne rozmowy.

Lepiej niż w życiu

Bartek, 26 lat, używa Tindera od trzech miesięcy. – Wszystkie portale randkowe kojarzyły mi się z desperacją. Natomiast tutaj możesz bez zobowiązań przeglądać te profile i wysyłać serduszka, ale robisz to bardziej dla siebie. To po prostu całkiem niezobowiązująca zabawa – zauważa. Rozmawianie z osobą, z którą „stworzyliśmy” parę, wcale nie jest obowiązkowe, zwłaszcza że intensywne prowadzenie kilku konwersacji naraz konsumuje czas do tego stopnia, że i tak przechodzi ochota na nowe kontakty. Dlatego często wystarczająco satysfakcjonujące jest już samo tylko sparowanie się. Kamila Kalińczak, dziennikarka Radia ZET i projektantka aplikacji w agencji interaktywnej Galileo Interactive, zauważa: – Tu nie chodzi o to, żeby znaleźć partnera, tylko żeby polubiła nas osoba, która nam się podoba. Ten mechanizm bazuje na zasadach popularnej w ostatnim czasie grywalizacji. W dodatku Tinder jest jak gra idealna, bo nie można w niej przegrać: od aplikacji dostajemy przecież tylko dobre wiadomości, nie jesteśmy informowani o tym, że ktoś odrzucił nasz profil. Jej twórcy ukuli nawet hasło: „Tak jak w prawdziwym życiu, tylko lepiej”.

Sukcesu w mieszance randkowania z grą i zabawą szukają więc też twórcy konkurencyjnych aplikacji. Elimi to produkt trójmiejskich programistów, który w 2012 r. został nagrodzony na branżowej imprezie Startup Weekend w Londynie. Jest współczesnym połączeniem randki w ciemno z podchodami. Uczestnicy podają tylko imię, wiek i jedną ciekawą informację o sobie. Kobieta (wersja dla mężczyzn jest w przygotowaniu) tworzy grę, w której ustala różne zadania dla adoratorów, np. „Zrób zdjęcie kwiatów, które chciałbyś mi podarować”. W wyścigu może wziąć udział nie więcej niż czterech graczy, a prowadząca grę po każdej rundzie eliminuje najsłabszego. Zwycięzca wygrywa możliwość kontaktu z dziewczyną, ale to ona do końca rozdaje karty i jeżeli żaden z kandydatów nie spełni jej oczekiwań, nie musi się na nikogo decydować. – Wyszliśmy z założenia, że dużo więcej o człowieku może powiedzieć jego reakcja na zdarzenie „tu i teraz” niż wypielęgnowany profil na portalu randkowym – mówi Adam Łabędzki, CEO Elimi.

Ale też nie chcemy być aplikacją, która kojarzy się z szukaniem drugiej połówki. Tu chodzi przede wszystkim o zabawę, z której, jak to w życiu, czasami może wyjść coś więcej. Z podobnego założenia wyszli twórcy The Game, mobilnej swatki, która pomaga swoim użytkownikom przełamać pierwsze lody, m.in. podsuwając gotowe pytania do konwersacji. Tutaj też liczy się oryginalność, więc zamiast standardów w rodzaju: „Jaki jest twój ulubiony kolor?” aplikacja sugeruje raczej: „Gdy zobaczysz na ścianie wielkiego pająka, co zrobisz? Czy mnie ochronisz?”. Za wchodzenie w interakcję i wykorzystywanie proponowanych narzędzi są przyznawane punkty – im więcej ich zgromadzimy, tym większa będzie dostępna dla nas pula nowych kontaktów. Jednak, jak w wielu grach, także w tej można iść na skróty i punkty po prostu kupić.

Uproszczona mechanika lewo–prawo/tak–nie coraz częściej wypiera wcześniejsze rozwiązania. W tę stronę idą już nawet branże dalekie od randkowania: za pomocą aplikacji do złudzenia przypominających Tindera możemy już między innymi szukać pracy, samochodu lub znaleźć naszą idealną parę... butów.

Więcej i płycej

Za sukcesem Tindera stoi też fakt, że wzmacniamy poczucie własnej wartości. Bartek twierdzi, że udane sparowanie to prawdziwy zastrzyk dla ego. Dr Koszur wyjaśnia: – My też chcemy wiedzieć, jak jesteśmy oceniani. Oczekujemy pewnej wzajemności i potwierdzenia, że jesteśmy interesujący.

A dziś tyle może wystarczyć, byśmy zaczęli się zastanawiać, czy aby nie zmienić obecnego partnera na nowego. Z badań dr. Filipa Schmidta, socjologa z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, wynika, że o ile aż 70 proc. Polaków powyżej 65 roku życia jest nadal w swoim pierwszym związku, o tyle jedna trzecia w grupie 18–40 lat ma już trzeciego partnera z rzędu. Dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że jeszcze w 1995 r. było w Polsce niecałe 40 tys. rozwodów rocznie, a już w ubiegłym roku liczba ta wyniosła 66 tys. Spośród Polaków, którzy nie ukończyli jeszcze 24 lat, rozwodzi się co drugi mężczyzna i aż 75 proc. kobiet.

Amerykańska psycholożka Esther Perel tłumaczy w swojej bestsellerowej książce „Inteligencja erotyczna. Seks, kłamstwa i domowe pielesze”, że współcześnie od jednej osoby wymagamy tego, czego kiedyś dostarczała nam cała wieś: poczucia zakorzenienia, znaczenia i ciągłości. A jednocześnie od tego samego człowieka chcemy spełnienia w sensie seksualnym i emocjonalnym. Tymczasem dziś nowi, potencjalnie lepsi partnerzy stają się bardziej dostępni właśnie dzięki aplikacjom randkowym. – Takie aplikacje mogą budować wrażenie niedosytu, że jest jeszcze ktoś, kto jest do mnie lepiej dopasowany, co odpowiada współczesnym wzorcom konsumpcji, szybkiemu wchodzeniu w związki, często krótkie i przelotne. Nie jestem przekonana, czy Tinder jest dedykowany osobom, które szukają kogoś na stałe – komentuje dr Koszur. – Jednocześnie czas pokazał, że nowe technologie mogą wspierać interakcje. Zmieniają częściowo ich jakość: są rozbudowane, ale bardziej powierzchowne.

Twórcy Tindera chcą ograniczyć, złagodzić skutki odrzucenia – nierozerwalnie towarzyszącego związkom międzyludzkim. Współzałożyciel Justin Mateen stwierdził w serwisie elitedaily.com: „Odrzucenie jest problemem, z którym mierzymy się codziennie. Pomyśleliśmy, że jeżeli go rozwiążemy, to ludzie będą szczęśliwsi, a świat stanie się trochę lepszy”. Zwykli użytkownicy aż tak wielkich złudzeń chyba jednak nie mają.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

A gdyby internet przestał działać...

Z internetu korzysta już prawie połowa ludzkości. Co by się stało, gdyby pewnego dnia przestał działać?

Edwin Bendyk, Piotr Rutkowski
16.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną