Ludzie i style

Kolorowe szaleństwo

Magia kolorowania ogarnęła dorosłych

Wydawcy nie nadążają z dodrukami kolorowanek. Wydawcy nie nadążają z dodrukami kolorowanek. Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Gdy dzieci nie odrywają wzroku od tabletów, dorośli odprężają się coraz częściej w sposób znany im z dzieciństwa. Ostatnio wynikła z tego całkiem poważna moda na kolorowanie.
Cała machina napędza też rynek artykułów papierniczych.Anton Zhukov/Getty Images Cała machina napędza też rynek artykułów papierniczych.
„Tajemny ogród” szkockiej ilustratorki Johanny Basford, produkt uchodzący za wzorcowy, ze szczytów list bestsellerów nie schodzi właściwie od dwóch lat.Wydawnictwo Nasza Księgarnia „Tajemny ogród” szkockiej ilustratorki Johanny Basford, produkt uchodzący za wzorcowy, ze szczytów list bestsellerów nie schodzi właściwie od dwóch lat.
Można się zżymać – co część internautów czyni z ochotą – że kolorowanie wymaga w najlepszym razie precyzji, ale żadnej inwencji, i że pochłania czas. Coś jednak daje.Wydawnictwo Pascal Można się zżymać – co część internautów czyni z ochotą – że kolorowanie wymaga w najlepszym razie precyzji, ale żadnej inwencji, i że pochłania czas. Coś jednak daje.

Na stres. Na bezsenność. Na czas wolny. Na kłopoty z partnerem. Na chandrę. A nawet na depresję. Jeszcze dekadę temu kolorowankom nie przypisywano tylu – by tak rzec – poważnych zastosowań. Trafiały w większości do kilkulatków. Teraz za ołówki i kredki chwyciły zgodnie, nie bacząc na własną metrykę, pracujące kobiety i matki. Kolorują studenci, mężczyźni w sile wieku, single, mężowie i żony. Słowem: osoby z niemałym życiowym doświadczeniem.

Wyniki sprzedaży potwierdzają ten trend. W ostatnich tygodniach książki do kolorowania zdominowały listę bestsellerów Amazona, zajmując regularnie cztery do pięciu miejsc w pierwszej dziesiątce zestawienia. I połowę pierwszej dziesiątki rankingu książkowego w Brazylii, gdzie załapały się zresztą na mało fortunną kategorię non-fiction. Wyspecjalizowane w tym gatunku brytyjskie wydawnictwo Michael O’Mara Books sprzedało ponad milion egzemplarzy ze swej oferty w oryginalnej wersji językowej i prawa do wybranych tytułów do 30 innych krajów. Topowa francuska propozycja – „Art-thérapie: 100 coloriages anti-stress” (Terapia sztuką: 100 kolorowanek na stres) – też rozeszła się na pniu (3,5 mln egzemplarzy w trzy lata). Wreszcie „Tajemny ogród” szkockiej ilustratorki Johanny Basford, numer jeden w tym zestawieniu i produkt uchodzący za wzorcowy, ze szczytów list nie schodzi właściwie od dwóch lat. Przetłumaczona na 14 języków, rozeszła się dotychczas w ponaddwumilionowym nakładzie. Jest już i w Polsce.

Wydawcy nie nadążają z dodrukami kolorowanek. – Niektóre z naszych tytułów doczekały się już piętnastego wznowienia – precyzuje Pinelopi Pourpoutidou z działu handlowego wydawnictwa Michael O’Mara Books. Jesienią jeden z nich – „The Can’t Sleep Colouring Book”, zestaw kolorowanek ułatwiających zasypianie – ma się ukazać również w Polsce. Sukces wydaje się przesądzony. Choć oferta na naszym rynku jest na razie okrojona, polscy entuzjaści malowania znajdują sposób, żeby ją na własny użytek poszerzyć – i drukują gotowe wzory z internetu.

Pisaki zamiast pikseli

Internet to tylko jeden z tropów do zrozumienia tego fenomenu. Tak się przyjęło, że choć samo malowanie wymaga zazwyczaj intymności i odseparowania od bieżących spraw, to ukończonym dziełem wypada się już jednak podzielić ze światem. „Właśnie skończyłem, co uważacie?”, „Dwa tygodnie nad tym ślęczałam – ale efekt powala!”, „Kolorowanie odstresowuje? E tam, nabawiłam się przy tym migreny! Ale warto było, sami zobaczcie” – piszą użytkownicy Instagrama, dołączając udokumentowane na fotografiach rysunki. Efekty swoich, powiedzmy na wyrost, malarskich prób publikują poza tym na Facebooku i w serwisie Pinterest, który w ogóle odgrywa rolę wirtualnego skarbca różnie rozumianych amatorskich dzieł sztuki.

Sama idea zrodziła się przed czterema laty w atmosferze ogólnego niedowierzania. Przywołana już Johanna Basford, 31-letnia ilustratorka ze Szkocji, miała na siebie zupełnie inny pomysł. Na rodzinnej farmie otworzyła prywatne studio, żeby projektować… tapety, które miały zdobić ściany głównie eleganckich hoteli i butików. Wskutek kryzysu finansowego wiele firm z podobnego luksusu musiało jednak zrezygnować. Swoim studiem Basford długo się więc nie cieszyła – zamknęła je, a artystyczne zapędy lekko wyhamowała. Przez jakiś czas przyjmowała zlecenia przede wszystkim komercyjne, od sieciówek pokroju Starbucksa i gigantów w swoich branżach: firmy Sony czy Nike. Projektowała też etykiety dołączane do alkoholi i wzory na flakoniki z perfumami. Nie były to może zajęcia chałturnicze, ale też nie szczyt jej ambicji.

Potencjału w ilustracjach Basford dopatrzył się szczęśliwie brytyjski dom wydawniczy Laurence King. Na pierwszą propozycję – zaprojektowania kolorowanki dla dzieci – artystka jednak nie przystała. Rynek wydawał się nasycony, a jej dotychczasowe dzieła cieszyły do tej pory głównie oczy dorosłych, choć na przykład na jej alkoholowych etykietach zamożna klientela lubiła sobie pobazgrać.

Pierwszą kolorowankę dla dorosłych Basford zaprojektowała na próbę i wydała w 2013 r. „Sądziłam, że cały nakład będzie musiała wykupić moja matka! – przyznała w jednym z wywiadów. – Bo może reszta świata kolorowanki dla dorosłych uzna za szczyt głupoty?”. Szkotka celowała w niszę i obawiała się, że chybi. „Zawsze wolałam pisaki od pikseli” – pisze o sobie na swojej stronie internetowej, przypuszczając najwyraźniej niesłusznie, że jest w tym odosobniona czy wręcz staroświecka.

Pierwszy nakład (16 tys. egz.) „The Secret Garden” wyprzedał się w całości. Popłynęły do Basford setki dziękczynnych maili, a ponieważ oferta podobnych książek była wówczas niewielka, zapaleńcy kupowali wciąż tę samą, za każdym razem kolorując ją inaczej. „The Secret Garden” przypomina zresztą małe dzieło sztuki – zaprojektowane z troską o detal, minimalistyczne, niewiele ma wspólnego ze znanymi z dzieciństwa zeszytami. Dorosłe kolorowanie poza wszystkim jest dużo bardziej czasochłonne. 96 stronic Basford upstrzyła szczegółami, czarno-białymi ilustracjami drzew, ptaków, owadów i liści (rysując, sumiennie doszkala się z biologii), sugerując tylko, które pola wypełnić, a które twórczo rozwinąć, np. domalowując dowolne elementy. Że z tych samych wzorów da się ułożyć zupełnie inne kompozycje, dowodzą liczne (oczywiście ilustrowane) recenzje oraz filmy na YouTube.

Sowy, mandale i jemioły

Na tym lukratywnym, rozpędzającym się segmencie rynku szukają dla siebie miejsca kolejni wydawcy do spółki z projektantami, ilustratorami, grafikami. Choćby brytyjskie Michael O’Mara Books, które nie przewidziało sukcesu do tego stopnia, że szybko musiało przebudować swój biurowiec. Trzy pomieszczenia londyńskiej siedziby trzeba było przekształcić w jedno duże, w którym toczy się nieprzerwanie proces produkcyjny – specjaliści od marketingu i PR chwilowo nie mieli gdzie się podziać. Poza wszystkim rośnie też konkurencja, choć środowisko wydaje się łączyć jedna idea – dostarczać ludziom przyjemnej, kojącej rozrywki.

W wypadku Michael O’Mara największą popularnością cieszy się właśnie seria terapeutyczna (abstrakcyjne wzory i mandale). W ofercie poza tym do wyboru, do (nomen omen) koloru: owieczki, sowy i inne nocne akcenty dla cierpiących na bezsenność. Rysunki stylizowane na lata 60. dla tych, którzy je pamiętają. Stylowe wzory typograficzne dla fanów kaligrafii. Komiksy dla komiksiarzy. Tatuaże, ogrody, kwiaty, a nawet specjalne edycje bożonarodzeniowe z jemiołami i choinkami. Prócz tego szalenie popularne tradycyjne wzory japońskie i skandynawskie. Wydawnictwo Blue Star Colouring specjalizuje się z kolei w zwierzętach lądowych (na okładce jednej z książek kot z wymyślnym kapeluszem) i wodnych. Alex Bellos, autor bestsellera „Alex’s Adventures in Numberland”, wspólnie z matematykiem Edmundem Harrissem szykuje zaś edycję niemal edukacyjną, bo żeby ukończyć rysunek, trzeba będzie chwilę porachować. Obaj autorzy zapewniają, że nie będzie to rzecz hermetyczna ani przeznaczona wyłącznie dla umysłów ścisłych.

Cała machina napędza też rynek artykułów papierniczych. Jeśli wybieramy długopis czy pióro, to nie na bazie alkoholu, bo wszystko nam się rozmaże. Jeśli ołówki, to tylko ostro zakończone. Kredki akwarelowe (najlepiej z serii Inktense, czyli zawierające tusz), wodozmywalne, zapewnią dodatkowy efekt rozmycia i gradacji koloru. Ale nie ma tu twardych zasad – sprawdzą się farby, pastele, mazaki żelowe (byle wodoodporne), a nawet węgiel, jeśli sprawnie się nim posłużyć.

Sytuacja jest dynamiczna, rynek szokująco szybko się rozrasta. Powstaje naprawdę wiele fantastycznych książek ilustrowanych często przez obiecujących autorów. Utrzymać uwagę klientów i dostarczać im stale nowych wzorów – to teraz największe wyzwanie, któremu musimy sprostać – mówi Pourpoutidou. Poganiana przez blisko setkę tysięcy fanów na Facebooku Johanna Basford pracuje właśnie nad kolejnym, trzecim już, albumem, „The Lost Ocean”. Ukaże się jesienią i stanie w konkury m.in. z kolorowankami inspirowanymi „Grą o tron” George’a R.R. Martina, powstającymi zresztą pod jego czujną merytoryczną opieką. Poleje się krew?

Piotruś Pan na detoksie

Czyżbyśmy zupełnie zdziecinnieli? Adrienne Raphel na łamach tygodnika „The New Yorker” sukcesu kolorowanek upatruje w ogólniejszym trendzie. „Wśród dorosłych powszechnieje moda na związane z dzieciństwem zajęcia i doświadczenia” – notuje w felietonie. Rynek wychodzi naprzeciw tym potrzebom – Raphel nazywa go wręcz rynkiem Piotrusia Pana, kierowanym do dorosłych, którym niespecjalnie zależy, żeby zachowywać się według przewidzianych dla wieku norm. Zdaniem niektórych socjologów dorosło już ostatnie pokolenie, które spędzało dzieciństwo na wolnym powietrzu. Place zabaw wymienia się dziś na skwerki dla właścicieli czworonogów. Współczesne dzieci – powiada się cynicznie – z sentymentem będą wspominać najwyżej dawne modele iPadów, a jeśli już zechcą np. kolorować, to ekran tabletu przy wsparciu odpowiednich aplikacji (oferta już jest szeroka).

Tymczasem dorośli Amerykanie bez kompleksów zapisują się na lekcje plastyki i weekendowe kursy kreatywności, z wyznaczoną porą drzemki między zajęciami rodem z czasów przedszkolnych. Na tamtejszych letnich obozach (by nie powiedzieć: koloniach), przewidzianych dla nieco starszych chętnych, uczestnicy fundują sobie z kolei technologiczny detoks. Oddają telefony, rozstawiają namioty i na moment zapominają o zdobyczach cywilizacji.

Polscy obozowicze udadzą się na razie najwyżej na spływ kajakowy albo pograją w tenisa, amatorzy militariów mają w ofercie jeszcze wypady survivalowe i paintballa. A domatorom pozostają kolorowanki. Można się zżymać – co część internautów czyni z ochotą – że kolorowanie wymaga w najlepszym razie precyzji, ale żadnej inwencji, i że pochłania czas. Coś jednak daje. – Skupiasz się np. na tym, żeby jak najdokładniej odmalować sowę, i stres powoli odpuszcza – tłumaczy Pourpoutidou. – Uspokajasz się i wyłączasz, na chwilę odchodzą zmartwienia z pracy, myśli o kłopotach finansowych etc.

Zdaniem Pourpoutidou to trochę jak joga, tyle że zamiast brać głęboki wdech, bierze się do ręki ołówek. – Dla mnie to rozwiązanie idealne – mówi 35-letnia Anna, matka dwójki dzieci. – Kolorowanie pozwala mi się odprężyć, uciec od codziennej harówki. I zmusza do wyjścia z internetu, do którego jestem przywiązana i w pracy, i po pracy. Jeśli coś w tej modzie niepokoi, to wiara, że faktycznie cudownie uleczy – od nadmiaru stresu, z bezsenności czy wręcz depresji. „Gdyby średnia sprzedaży książek do kolorowania dla dorosłych korelowała jakoś ze stanem psychicznym ogółu populacji, to chyba nie ma powodów do optymizmu” – zauważa Zoe Williams w felietonie opublikowanym niedawno w „Guardianie”.

Ze stanem psychicznym może nie, ale z podwyższonym poziomem stresu i ogólnym poczuciem, że świat pędzi – już raczej tak. Pinelopi Pourpoutidou: – Niesłychana popularność kolorowanek sprowadza się właśnie do ich terapeutycznych wręcz właściwości. Dostajemy mnóstwo takich świadectw – ludzie chcą po prostu zwolnić, pobyć offline.

Takie zastosowania sugerują już tytuły i podtytuły, wariacje ze słowami „calm” (spokój) i „zen”, obiecujące zwykle wyciszenie, uspokojenie, odstresowanie, a nawet formę artystycznej terapii. Rzeczywiście, zdaniem psychologów powtarzanie pewnych czynności może podziałać kojąco, tak jak sporadyczne przerwy od internetu albo regularne spacery. Ci sami badacze przestrzegają jednak, żeby nie dać się zwieść. Kolorowanie nie jest formą medytacji, nie zastąpi profesjonalnego leczenia, np. psychiatrycznego, a kolorujący nie równa się od razu artysta – punktuje na łamach „Psychology Today” dr Cathy Malchiodi, specjalistka w zakresie psychologii twórczości. Kolorowanki mają parę oczywistych zalet, ale jeśli działają leczniczo, to raczej siłą autosugestii.

Dowolne hobby, jeśli nawet nie rozwiąże naszych problemów, to pozwoli je przynajmniej odsunąć. Dziś dorosły coraz częściej pożycza owo hobby od dzieci. Albo raczej na fali sentymentu ożywia te aktywności z czasów własnego dzieciństwa, które mogłyby odejść w zapomnienie, bo wśród młodszych nie zawsze znajdują zrozumienie czy zainteresowanie. I może choćby z tego względu nie należy kolorowanek jednoznacznie przekreślać. To już lepiej je na próbę zamalować.

Polityka 34.2015 (3023) z dnia 18.08.2015; Ludzie i style; s. 96
Oryginalny tytuł tekstu: "Kolorowe szaleństwo"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

PiS wprowadza „ruski ład”? Polska spiera się z UE, Kreml klaszcze

„Ruski ład” w Polsce to scenariusz, któremu Kreml kibicuje od lat. Zresztą do tej pory prognozy Rosjan sprawdzają się co do joty. Co to oznacza? Że Polska z Unii formalnie wprawdzie nie wystąpi, ale osunie się na jej peryferie.

Agnieszka Bryc
22.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną