Polscy himalaiści idą na Nangę Parbat

Lodowato u himalaistów
Kilka wypraw z Polakami w składzie po raz kolejny podejmuje próbę zimowego wejścia na Nangę Parbat. Adam Bielecki i Jacek Czech mają na zdobycie tej góry pomysł, który uważają za rewolucyjny.
Adam Bielecki i Jacek Czech pozują do zdjęć na tle  telewizora z kadrem Nangi Parbat.
Marcin Obara/PAP

Adam Bielecki i Jacek Czech pozują do zdjęć na tle telewizora z kadrem Nangi Parbat.

Szczyt Nanga Parbat
Yasir Nisar/Getty Images

Szczyt Nanga Parbat

Adam Bielecki i Jacek Czech pozują do zdjęć na tle ogromnego telewizora z kadrem Nangi Parbat. Na ekranie czerwona kreska przecina ogromny, śnieżno-lodowy masyw. Najpierw ukosem pnie się lekko w lewo, potem ostro odbija w prawo, biegnie niemal poziomo, by wreszcie dociągnąć do szczytu na wysokości 8125 metrów.

Chwila dla fotoreporterów: uśmiechy, dłonie splecione w uścisku. Czech spokojny, wyciszony, podczas konferencji prasowej odpowiada na pytania rzeczowo. Bielecki podekscytowany, rwie się do mikrofonu. – Mamy ambicje wyznaczenia nowych trendów zimowej wspinaczki na ośmiotysięczniki – deklaruje Adam. Uważa, że dotychczasowy sposób zdobywania zimą najwyższych szczytów pociągał za sobą niezwykle irytujące marnotrawstwo czasu. – Podczas dwóch moich poprzednich zimowych wypraw, na Gaszerbrum I oraz na Broad Peak, spędziliśmy w bazie jakieś dwa miesiące. To było wyniszczające psychicznie i fizycznie – dodaje.

Ich plan zakłada zdobycie Nangi w stylu alpejskim, czyli bez pomocy szerpów, z minimalnym ekwipunkiem, bez zakładania po drodze lin poręczowych, a jedynie z lotną asekuracją. Adam: – Żeby związać się z partnerem liną, trzeba mu w stu procentach ufać. Potrzebne jest też zgranie, a my z Jackiem rozumiemy się bez słów. I dodaje, że dla niego to zaszczyt wspinać się w duecie ze swoim pierwszym instruktorem z kursów wspinaczkowych. Jacek Czech uśmiecha się nieznacznie.

Ten rewolucyjny rys wyprawy to przystanek Andy, bo zanim Czech z Bieleckim wylądują u podnóża Nangi, lecą do Ameryki Południowej. Planują wspiąć się na Ojos del Salado, uśpiony wulkan, drugi najwyższy szczyt półkuli zachodniej (6893 m). Na szczycie chcą spędzić 2–3 noce, potem możliwie szybko przenieść się do Pakistanu i ruszyć na Nangę.

Himalajska teoria mówi, że przed atakiem końcowym trzeba przespać się mniej więcej tysiąc metrów poniżej szczytu. Następnie zejść do niższego obozu, zregenerować się i ruszać w górę. To ma na myśli Bielecki, mówiąc o marnowaniu czasu. Oni chcą być pod Nangą już zaaklimatyzowani. Wziąć plecaki i ruszać na ścianę. Od obozu do obozu. Plan maksimum to jeden obóz – jeden dzień. Ambitnie. Ściany Nangi onieśmielają, trzeba przejść w pionie dobre 4 kilometry.

Bielecki i Czech nazwali swoją wyprawę Nanga Revolution, ale ich pomysł nie jest pionierski. Dwa lata temu w podobny sposób, z aklimatyzacją w Andach, próbował wziąć Nangę zimą Niemiec Ralf Dujmovits, ale szyki pokrzyżowała mu pogoda. Dość częstą praktyką jest aklimatyzowanie się w Himalajach na niższych szczytach – tak m.in. próbowała zdobyć Nangę polska wyprawa zimowa z przełomu lat 2006/07. – Ale między wejściem na Ama Dablam a rozpoczęciem wspinaczki na Nanga Parbat upłynęło zbyt dużo czasu. I cały aklimatyzacyjny kapitał się ulotnił – mówi doktor Robert Szymczak, himalaista, zdobywca trzech ośmiotysięczników, uczestnik tamtej wyprawy.

Inna teoria: aklimatyzacja, rozumiana przede wszystkim jako zdolność do wygenerowania przez organizm efektywnej wentylacji na dużych wysokościach, utrzymuje się przeciętnie dwa tygodnie po zejściu z wysokości. Doktor Szymczak radziłby Bieleckiemu i Czechowi, żeby od zejścia z Ojos del Salado do rozpoczęcia akcji na Nandze nie minęło więcej niż właśnie dwa tygodnie. Bielecki mówi: – Moje doświadczenia wskazują, że aklimatyzacja wystarczy na trzy.

Inne zimowe doświadczenia Adama: żeby nie wypruć się z sił, trzeba jak najmniej czasu spędzić na dużych wysokościach, co z kolei logicznie przekłada się na wybór trasy, czyli optymalne są te, gdzie trudności techniczne znajdują się w niższych partiach góry. Z niezmąconą pewnością mówi, że ci, którzy na Nandze idą drogą Shella, od strony południowej, nie mają szans na sukces, bo co z tego, że to zbocze ogrzewa słońce, skoro najtrudniejszy odcinek zaczyna się przed szczytem. Więc oni z Jackiem pójdą drogą Kinshoffera, od strony flanki Diamir – tam nie ma słońca, ale za to jest do pokonania niemal kilometr mniej w pionie, a gdy przejdzie się skalno-lodowy kuluar, tłumaczy Adam, prowadzący do obozu drugiego, zwanego orlim gniazdem, to ma się największe schody za sobą. Jacek Czech mówi o „łatwych trudnościach” w końcowej fazie wspinaczki z takim spokojem, że aż dziw bierze, że nikt tej góry nie zdobył wcześniej.

A pogoda? No tak, przyznaje Adam, tu jest czuły punkt planu, warunki być muszą, bo inaczej plan bierze w łeb, aklimatyzacja zdobyta w Andach ma krótki termin ważności. Ale praktyka pokazuje, że przełom grudnia i stycznia bywa przeważnie dość znośny. – To fakt, ale mimo wszystko i tak będzie ciężko. Nanga stoi samotnie, oddalona od innych ośmiotysięczników, na granicy Himalajów i Karakorum. Kumulują się na niej najgorsze cechy wysokogórskiej zimy: właściwe dla Himalajów intensywne opady śniegu oraz huraganowe wiatry z Karakorum. Nie bez powodu pozostaje niezdobyta, choć próbowano już prawie 30 razy – mówi Jacek Teler, wspinacz, uczestnik dwóch zimowych ekspedycji na Nagą Górę, organizowanych poza oficjalnym nurtem polskiego himalaizmu.

W środowisku mówi się, że błyskawiczna taktyka pasuje do stylu, osobowości i predyspozycji fizycznych Bieleckiego. On sam podkreśla zmianę sytuacji rodzinnej – w tym roku urodził mu się syn, no i coraz trudniej rozstawać się z domem. Ale przez myśl mu nie przeszło, żeby ze wspinania zrezygnować, bo w końcu ono, jak powiada, konstytuuje go jako człowieka.

W książce „Niebo i piekło”, drążącej kulisy i konsekwencje tragicznej zimowej wyprawy na Broad Peak (po zdobyciu szczytu przez Bieleckiego, Artura Małka, Tomka Kowalskiego i Macieja Berbeki dwaj ostatni zginęli, a ciała Berbeki do dziś nie odnaleziono), siostra Adama, Agnieszka (również himalaistka), mówiła, że Adam się do wspinania urodził, bo jest silny, szybki, łatwo się aklimatyzuje. Robert Szymczak pamięta, że możliwości Bieleckiego, jak również swego rodzaju intuicja, czucie gór, robiły wrażenie nawet na oszczędnym w pochwałach Arturze Hajzerze, który reaktywował ideę zimowego wspinania i odważnie stawiał na młodych. Jacek Teler: – Maksymalizacja wysiłku, minimalizacja czasu – można powiedzieć, że to jest kwintesencja taktyki zaproponowanej przez Adama. Ale jednocześnie wspinaczka w stylu alpejskim pozostawia niezwykle mały margines na błąd i zostawia niewielkie pole manewru w razie załamania pogody albo nagłej słabości partnera. Na palcach jednej ręki mogę policzyć takie próby na ośmiotysięcznikach zimą.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną