Jak ubieraliśmy się w socjalizmie

Moda drugiego obiegu
Masowo kupowane T-shirty z napisem „Polak gorszego sortu” przypominają czasy PRL, gdy moda służyła politycznej kontestacji. Klimaty te przypomina ciekawa wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie.
Trendy hipisowskie – kobieta motyl, niezwykła kreacja Mody Polskiej z lat 70., stworzona przez projektantkę Kalinę Paroll i Zakłady Jedwabiu Naturalnego w Milanówku.
Muzeum Narodowe w Krakowie

Trendy hipisowskie – kobieta motyl, niezwykła kreacja Mody Polskiej z lat 70., stworzona przez projektantkę Kalinę Paroll i Zakłady Jedwabiu Naturalnego w Milanówku.

Zimowy hit modowy w PRL – kożuch z Zakładów Futrzarskich Kurów Lubelski, ok 1963 r.
Muzeum Narodowe w Krakowie

Zimowy hit modowy w PRL – kożuch z Zakładów Futrzarskich Kurów Lubelski, ok 1963 r.

Kombinezon z Hofflandu projektu Barbary Hoff, 1979 r.
Muzeum Narodowe w Krakowie

Kombinezon z Hofflandu projektu Barbary Hoff, 1979 r.

„Odrzutowy pantofelek” projektu znanego szewca Brunona Kamińskiego, nagrodzony srebrnym medalem na Światowej Wystawie Obuwia w Monachium w 1957 r.
Muzeum Narodowe w Krakowie

„Odrzutowy pantofelek” projektu znanego szewca Brunona Kamińskiego, nagrodzony srebrnym medalem na Światowej Wystawie Obuwia w Monachium w 1957 r.

Pilotka, praca studentki Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi, 1962 r.
Muzeum Narodowe w Krakowie

Pilotka, praca studentki Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi, 1962 r.

Jawne demonstracje modowe zdarzały się rzadko, nadwrażliwa władza potrafiła bowiem nawet za drobiazg mocno zaleźć za skórę. Dlatego do kategorii czynu wręcz heroicznego urastało noszenie w stanie wojennym koszulek z napisem „EA” (Element Antysocjalistyczny) oraz wpinanie w klapy marynarek i płaszczy oporników, za które – trafiwszy na spostrzegawczego milicjanta – można już było spędzić 48 godzin w areszcie.

W kwestii ubrania posługiwano się więc, jak w kabarecie owych czasów, aluzją, symbolem, konwencją zrozumiałą dla wtajemniczonych. Projektantka Barbara Hoff nazywała to modą na konspirę. „Jeśli ktoś miał okulary, brodę, powyciągany sweter, amerykańską wojskową kurtkę i brezentową torbę, to było wiadomo, że niesie jakieś papiery” – wspominał Andrzej Stasiuk w książce „Jak zostałem pisarzem”. Niektórzy tak się do tego wizerunku przyzwyczaili, że nie rozstali się z nim także wówczas, gdy zamienili się z władzą miejscami. Najsłynniejszy był przypadek Janusza Pałubickiego, koordynatora służb specjalnych w rządzie Jerzego Buzka, który nawet nominację ministerialną odbierał od prezydenta w stroju „konspiracyjnym”.

Co ciekawe, militarne akcenty o kontestacyjnym wydźwięku stanowią klamrę spajającą całą modę niezgody w PRL. Warto pamiętać, że nie tylko kończyły tę epokę, ale też ją zaczynały. U zarania, po 1945 r., triumfy święciły bowiem kurtki wojskowe w kolorze khaki, które trafiały do kraju w paczkach pomocowych UNRRA. Ich uzupełnieniem były zielonkawe swetry i torby brezentowe z wojskowymi znakami, drukowanymi lub naszywanymi. No i oczywiście obiekt westchnień wszystkich mężczyzn między 20. a 40. rokiem życia – tzw. oficerki. I choć w takich strojach gustowali przede wszystkim mężczyźni, to zdarzało się je nosić także kobietom.

Egzystencjalizm i Beatlesi

W PRL to ubiór męski traktowano częściej jako prowokacyjny ideologicznie. Tak było z kolejną modową falą, która przeszła głównie przez największe miasta, choć pod różnymi nazwami. W stolicy jej wyznawcy zwani byli bikiniarzami, gdzie indziej bigarzami lub dżollerami. Anna Pelka w ciekawej książce „Teksas-land” pisze: „Stali się wrogami ustroju z powodu fascynacji kulturą zachodnią i wszelkimi zakazanymi trendami. (…) Ich sposób ubierania się przeczył wszelkim normom socjalistycznej mody: obszerne marynarki i zamszowe buty na grubej gumowej podeszwie, szerokie kolorowe krawaty i jaskrawe skarpety wystające spod przykrótkich spodni w kant”. Bez wątpienia bikiniarze spędzali sen z powiek partyjnym urzędnikom nie tyle z powodu realnego zagrożenia dla socjalizmu, bo w sumie nie było ich tak wielu, ale z racji manifestacyjnego odcinania się od jedynie słusznej estetycznej linii władz.

Kolejne fale mody także niepokoiły rządzących, choć nikt nie traktował ich już jako zagrożenia dla ustroju. Raczej jak dokuczliwy wrzód, na który trzeba uważać, bo nie daj Boże zbyt mocno zainfekuje umysły. Tak było z francuskim egzystencjalizmem, który nad Wisłą zmaterializował się w postaci czarnych, obcisłych golfów i spodni oraz nieodłącznych fajek, będących świadectwem siły intelektualnych przemyśleń. Ten styl pozostał jednak cechą środowisk akademickich. W odróżnieniu od kolejnej fali, która szeroko rozlała się po całym kraju: beatlemanii. Naśladowanie chłopców z Liverpoolu, choć nie miało podtekstów politycznych, było jednak czymś więcej niż estetyczną demonstracją. Stanowiło wyraz tęsknoty za inną – z drugiej strony żelaznej kurtyny – kulturą, obyczajami, sposobem spędzania wolnego czasu. Wyrażaniu owej tęsknoty służyły marynarki ze stójką, wąskie spodnie bez kantów, buty z wysokimi obcasami i spiczastymi, niekiedy dziwacznie zadartymi ku górze noskami. Oraz oczywiście fryzura na tzw. pazia.

Kwiaty we włosach

Beatlemania stosunkowo gładko przeszła pod koniec lat 60. XX w. w erę dzieci kwiatów. Wprawdzie masowa oferta odzieżowa nie była wówczas w kraju tak szara i zgrzebna jak w latach 50., ale nowy trend i tak szokował swą barwnością, luzem i wyzwoleniem ze wszelkich powszechnie przestrzeganych estetycznych reguł. Kolorowe koszule, długie, pozostawione w nieładzie i przewiązane jedynie rzemykiem lub chustką włosy, rozszerzające się ku dołowi spodnie („dzwony”), mnóstwo ozdób, z tą najważniejszą: tzw. pacyfką. No i pierwszy, wielki i bezwzględny triumf dżinsów, które od tego momentu miały zawładnąć wyobraźnią polskiej młodzieży. Przy androginicznych hipisach niedawni naśladowcy Beatlesów wyglądali już jak grzeczni chłopcy na herbatce u cioci. Toteż miłośnicy Hendrixa i Joplin nie mieli w kraju łatwego życia; gnębiono ich w szkołach, we znaki dawała się milicja, co zresztą opisano później w wielu książkach, na czele z „Hipisami w PRL” Kamila Sipowicza.

Kolejne subkultury młodzieżowe też charakteryzował ów podwójny wymiar kontestacji. Tej bezpośredniej, obyczajowo-kulturalnej, wyrażającej bunt przeciwko światu dorosłych i obowiązującym w nim normom. I tej pośredniej – politycznej, wynikającej z samej natury kwestionowania zastanego porządku.

Z modą kobiecą, której poświęcono na krakowskiej wystawie dużo więcej miejsca, było nieco inaczej. Praktycznie tylko raz, a i to już po upadku PRL, element damskiej odzieży stał się symbolem ideologiczno-politycznym. Mowa oczywiście o słynnym moherowym berecie, oznaczającym fundamentalny katolicyzm, dewocję, konserwatywne poglądy, opór wobec modernizacji. Ale i w czasach Polski Ludowej moda kobieca potrafiła spędzać władzy sen z powiek. Nie tyle swą bezpośrednią kontestacją systemu, co deklaracją wyrażoną nie wprost: zachwytem dla świata Zachodu i manifestacyjną niezgodą na wzory piękna lansowane przez socjalistyczne państwo.

W stylu New Look

Władzę irytowało takie estetyczne podejście do mody z dwóch powodów. Po pierwsze, wiązało się z korzystaniem z pozaoficjalnych i niereglamentowanych kanałów dystrybucji: paczek z Zachodu, przemytu, prywatnej, nakładczej produkcji. Po drugie, stanowiło prestiżową porażkę i konieczność przyznania, że przynajmniej na poziomie estetycznym wzory z kapitalistycznego świata ciągle triumfują nad socjalistycznym modelem „nowego człowieka”. Artystyczną ikoną owej opozycji jest obraz Wojciecha Fangora „Postaci” (1950 r.). To kanoniczne dzieło socrealizmu zderza postać umięśnionej, ubranej w drelichowy kombinezon robotnicy z ówczesną, wystylizowaną według aktualnych amerykańskich kanonów elegantką.

Przesłanie ideologiczne tej pracy jest wprawdzie oczywiste, ale niekoniecznie zgodne z tym, co czuje widz. Z kolei blisko dwie dekady później (1968 r.) z czysto politycznych przesłanek do sprzedaży nie trafiła kolekcja Mody Polskiej, szykowana specjalnie na otwarcie Domów Towarowych Centrum. To było niedługo po tzw. wydarzeniach marcowych na polskich uczelniach. Tymczasem owa kolekcja (minispódniczki, trencze, odwołujące się do militarnych skojarzeń berety i spodnie) przez władze uznana została za zbyt kojarzącą się z Zachodem, a nadto za lansującą styl tzw. bananowej młodzieży.

Kobieca moda irytowała polityków głównie w pierwszej dekadzie socjalistycznej władzy. A to za sprawą tzw. New Looku, stylu mającego swe korzenie w USA, a wyjątkowo lubianego przez pragnące się elegancko ubierać Polki. Tym bardziej że – jak piszą kuratorki krakowskiej wystawy – „Rola mody, stymulująca w warunkach gospodarki kapitalistycznej, w niewydolnej gospodarce socjalistycznej rodziła frustracje decydentów, zwłaszcza że szybki rytm jej zmian jakoś nie chciał się dostosować do zasad centralnego planowania i horyzontu planów pięcioletnich, według których pracował znacjonalizowany przemysł”. Zakazami by się skompromitowano, zatem ideolodzy socjalizmu rozpoczęli zmasowaną kampanię propagandową na łamach… prasy kobiecej. „Komu to służy?” – pytano i znajdowano winnych: antysocjalistyczny element manifestujący burżuazyjny styl życia itd.

W odrzucie z eksportu

Choć władza nie gnębiła kobiecej mody, nie ułatwiała jej też życia. A to sprawiło, że w dążeniu do elegancji kobiety w PRL wypracowały w sobie cechę osobliwą i nigdzie indziej niespotykaną w takim natężeniu: zaradność. Dziś kojarzyć się ona może co najwyżej z umiejętnością polowania na atrakcyjne przeceny lub wygrzebywania w sklepach z używaną odzieżą co ciekawszych ciuszków. W socjalizmie to jednak właśnie operatywność, zmyślność i spryt decydowały o modowym być albo nie być. Ambicja wyróżniającego się wyglądu wymagała sprawnego poruszania się w drugim obiegu dystrybucji modnych ciuchów, na który składały się: komisy, specjalistyczne bazary odzieżowe (np. Ciuchy w Warszawie, Tandeta w Krakowie) oraz tzw. odrzuty z eksportu.

Ważne uzupełnienie stanowiły znajomości z dobrymi krawcowymi, a także umiejętność samodzielnego, chałupniczego kreowania modnych ciuchów. Szyło się więc bluzki z firanek, a sukienki z tetrowych pieluch. Tenisówki malowało się na czarno, by wyglądały jak baleriny, masowo robiło swetry na drutach, istniała również tajemna wiedza farbowania T-shirtów, by uzyskać efekt psychodelicznych, wielobarwnych kół i plam. Krakowska wystawa dostarcza nieco przykładów owego „drugiego obiegu” mody; importowanego, przerabianego, dzierganego, wygrzebywanego na targowiskach, wypatrywanego w paczkach od rodziny, która wybrała wolność, szczególnie tej z Francji lub Ameryki.

Państwowy przemysł odzieżowy generalnie pełnił funkcję hamulcowego, antywzoru, wroga elegancji. Ale z trzema, na wzór piramidy ułożonymi wyjątkami, które błyszczały w morzu szarzyzny. A spragnionym sznytu Polkom dostarczały lokalnej alternatywy dla komisowych zakupów. Na szczycie tej piramidy znajdowały się kolekcje Mody Polskiej. Firma w szczytowym momencie rozwoju posiadała w kraju 60 sklepów (już wówczas zwanych salonami). Ale to, co najciekawsze, nie było dostępne dla przeciętnej Kowalskiej. Esencję stanowiła bowiem dość snobistyczna zabawa w haut couture, elitarna, będąca bardziej wizytówką dla świata niż rzeczywistą ofertą dla rodaczek. W Krakowie pokazano sporo wzorów powstających pod firmowym logo z jaskółką. I trzeba przyznać, że był to rzeczywiście kawał wyśmienitej, projektowej roboty.

Pośrodku piramidy wypada pomieścić działalność Grażyny Hase, początkowo modelki Mody Polskiej, a od 1967 r. samodzielnej projektantki mody. Wymyślała ubrania dla sportowców i pracowników Lotu, dla dzieci i młodzieży, ale przede wszystkim dla kobiet (w ramach odzieżowej fabryki Cora). Z kolei szeroka podstawa piramidy to bezapelacyjnie konstrukcja zbudowana przez Barbarę Hoff. Kreowała modowe gusty rodaków od 1954 r. przez ponad 50 lat. Początkowo jako dziennikarka („Przekrój”), a następnie jako projektantka i twórczyni marki odzieżowej od jej nazwiska zwanej Hofflandem. Przez długie lata to jej wskazania były ostatecznym wyrokiem, co jest modne i jak się będzie ubierać polska młodzież. Liczne zebrane na wystawie eksponaty uświadamiają, jak doskonale wyczuwała potrzeby tzw. ulicy przez kolejne dziesięciolecia.

Krakowską ekspozycję otwiera… kolekcja sukien ślubnych, powstałych od 1945 do 1989 r. Już tych kilkanaście wzorów doskonale pokazuje zmieniający się kraj. Bo historia mody czasów PRL to opowieść o wszystkim: polityce, kolejnych odwilżach ideologicznych i przykręcaniu śruby, tzw. socjalistycznej gospodarce, naszych narodowych cechach, paranoi władzy, umiejętności dostosowania się społeczeństwa do życia w trudnych warunkach itd. Trudno jej odmówić wartkiej narracji. A to, że nikt jeszcze nie wpadł jeszcze na pomysł, by nakręcić film o życiu Barbary Hoff, jest wielkim zaniedbaniem polskiej kinematografii.

***

Modna i już. Moda w PRL, Muzeum Narodowe w Krakowie, wystawa czynna do 17 kwietnia.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną