Rekonstrukcje to nie tylko moda: to także biznes

Usługi historyczne
Moda na odtwarzanie dziejów osiągnęła w Polsce rozmiary bitwy pod Grunwaldem. Przed doroczną rekonstrukcją starcia piszemy, kto szykuje uczestnikom odzież, zbroje i namioty. I jak z tego żyje.
Radosław Ciszewski, właściciel jednoosobowej firmy Radoslaus wyrabiającej zbroje
Agnieszka Rodowicz/Polityka

Radosław Ciszewski, właściciel jednoosobowej firmy Radoslaus wyrabiającej zbroje

Michał Siedlecki, właściciel Tentorium, firmy szyjącej namioty z różnych epok i szerokości geograficznych
Agnieszka Rodowicz/Polityka

Michał Siedlecki, właściciel Tentorium, firmy szyjącej namioty z różnych epok i szerokości geograficznych

Szkic zbroi autorstwa Radosława Ciszewskiego
Agnieszka Rodowicz/Polityka

Szkic zbroi autorstwa Radosława Ciszewskiego

audio

AudioPolityka Agnieszka Rodowicz - Usługi historyczne

Zamyślony Gandalf przygląda się trzem granatowym policjantom. Indianin pozuje do zdjęcia z wikingiem. Dwóch jakobinów obsługuje gilotynę. Pod nią kosz z zakrwawioną głową ściętego mężczyzny. Są czołgi, żołnierze w okopach, pojedynki na miecze i popisy łuczników. To nie plan filmowy szalonego reżysera, ale okolice Kutna, gdzie od kilku lat odbywa się Odyseja Historyczna – jedna z największych imprez typu multiperiod w Polsce. Zlot grup rekonstrukcji historycznej z różnych epok jest pobieżnym przeglądem zjawiska, które przywędrowało do Polski z Zachodu na początku lat 90. XX w. i z każdym rokiem przybiera na sile.

Odtwarzanie (z ang. reenactment) przeszłości za pomocą strojów, uzbrojenia, przedmiotów codziennego użytku, a także rekonstruowania wydarzeń i zwyczajów zaczęło się w Wielkiej Brytanii w latach 60. W Polsce jeszcze za PRL urządzano marsze harcerzy upamiętniające bitwy pierwszej i drugiej wojny światowej. Imprezy rycerskie odbywały się na zamku w Golubiu-Dobrzyniu już w latach 70. A po 1989 r. wybuchło zainteresowanie średniowieczem. Bractwo Miecza i Kuszy z Warszawy, jedno z pierwszych w Polsce, na zaproszenie władz samorządowych zaczęło organizować na początku lat 90. turnieje upamiętniające zwycięstwo Polaków pod Grunwaldem. – W 1998 r. z inicjatywy „rycerzy” z Warszawy oraz naszego Bractwa Rycerskiego Zamku Gniew na polach Grunwaldu pojawiło się 500 rycerzy, którzy spontanicznie odtworzyli bitwę – opowiada Krzysztof Górecki, jeden z organizatorów tej rekonstrukcji. – Obejrzało ją około 15 tys. turystów, którzy dowiedzieli się o wydarzeniu mimo braku jakiejkolwiek reklamy. Do dziś inscenizacja bitwy pod Grunwaldem jest najważniejszą imprezą średniowieczną w Polsce. 600. rocznica bitwy zgromadziła ponad 6 tys. rekonstruktorów z całej Europy i 150–200 tys. widzów!

Poza średniowieczem popularne były też w Polsce inscenizacje napoleońskie. A w 2002 r. pokazano po raz pierwszy fragmenty kampanii wrześniowej – mówi Paweł Rozdżestwieński, od lat 90. związany z 14. Pułkiem Ułanów Jazłowieckich, organizator największych rekonstrukcji bitew pierwszej i drugiej wojny, dyrektor Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą. Założony przez niego portal Dobroni.pl skupia pasjonatów rekonstrukcji. – Mamy ponad 21 tys. zarejestrowanych użytkowników i około 120 tys. wejść miesięcznie. Sądzę, że ta liczba to zasięg ruchu rekonstrukcyjnego w Polsce – mówi. – Co ciekawe, pod Rzeszowem od końca XVIII w. działa nieprzerwanie grupa rekonstrukcyjna wywodząca się od uczestników bitwy pod Racławicami.

W sumie jest dziś w Polsce ok. 900 grup rekonstrukcji historycznej. Prof. Tomasz Szlendak z Instytutu Socjologii UMK w Toruniu definiuje rekonstruktorów jako „pasjonatów i hobbystów, którzy w wolnym czasie odtwarzają dawne stroje, broń, technologie i działania społeczne (takie jak rytuały) oraz minione wydarzenia historyczne w zgodzie z najlepszą posiadaną wiedzą naukową”. Rzemieślnicy wytwarzający dawne przedmioty nazywają się jednak odtwórcami, a mianem rekonstruktorów określają osoby biorące udział w przedstawianiu historycznych wydarzeń. Tak czy inaczej moda na tego typu imprezy stworzyła zapotrzebowanie na broń, ubrania i ozdoby, potrzebne, by pokazać postaci Rzymian, formacje bojowe Słowian czy ludność cywilną. Choć to ostatnie rzadziej się zdarza. – Kiedyś na jednego rycerza przypadała jedna dama i cała rzesza służby – mówi Gabriela Glinianowicz szyjąca stroje ze wszystkich epok. – Dziś jest odwrotnie. Bo kto by chciał przenosić się w średniowiecze i być żebrakiem. Większość marzy o damach, rycerzach i jedwabiach.

Produkty zbrojopodobne

Na początku ludzie mieli ciuchy z poliestru, miecze z drewna i kolczugi zrobione na drutach ze sznurka – opowiada Michał Siedlecki, który fascynował się ruchem rycerskim już w dzieciństwie. Zna te historie ze wspomnień starszych kolegów, bo kiedy sam został rycerzem, poziom imprez rekonstrukcyjnych był już niezły. Wcześniej różnie z tym bywało. – To były czasy przed internetem, a polska literatura na temat historycznych namiotów w zasadzie nie istnieje – wyjaśnia Siedlecki, dziś właściciel Tentorium – firmy szyjącej namioty z różnych epok i szerokości geograficznych. Pierwszy zrobił, gdy jechał na XIII-wieczny turniej na zamku w Iłży. Był początek lat 2000. Już wtedy nie wypadało na imprezie historycznej spać w namiocie z ortalionu. A taki z epoki był drogi. Nie na kieszeń licealisty. Michał postanowił zrobić go sam. – Kupiłem bawełnę, obejrzałem mnóstwo ilustracji, opracowałem wykrój i uszyłem prosty trójkącik. W kuchni u mamy, na jej starym łuczniku. – Namiot nie całkiem mi się podobał, więc postanowiłem go sprzedać. Michał zrobił zdjęcia, wrzucił na Frehę – forum rekreacji historycznej – i sprzedał swe dzieło za jakieś 600 zł. – Klient był zadowolony, ja też, bo nie tylko zwróciłem sobie koszty, ale też zarobiłem. Pomyślałem, by uszyć kolejny.

Gabriela Glinianowicz z Sanoka już jako dziecko obszywała lalki, misie, przerabiała skarpetki na ubranka, robiła na szydełku. Syndrom niespokojnych rąk, jak mówi, odziedziczyła po prababci, babci i mamie. Od zawsze interesowała się też dawnymi dziejami, studiowała archeologię. – Wtedy spotkałam ludzi, którzy nie tylko pasjonowali się historią, ale też nią bawili. Dołączyłam do grupy rekonstrukcyjnej, która poza scenami walk pokazywała tańce z połowy XIV w. Bardzo mi się to spodobało.

Żeby wziąć udział w pokazie w Muzeum Narodowym w Krakowie, Gabriela musiała mieć strój. Z pomocą mamy uszyła swoją pierwszą średniowieczną suknię. Potem następną i kolejną. I tak Gabriela utonęła w historii kostiumów po uszy.

Radosław Ciszewski wygląda z kolei jak bywalec najmodniejszych knajp albo model: kwadratowe okulary, jeansy, szelki, tatuaż na bicepsie, gęsta broda. Tyle że zamiast po wybiegu chodzi między kowadłem a ceramiczno-stalowym piecem gazowym, z którego bucha żar. W środku temperatura dochodzi do 1300 st. C. – Mam buty z blaszkami w noskach od środka. Ale pierwsze, czego się nauczyłem, to zabierać nogi i nie łapać tego, co spada – mówi Radek, który mniej więcej w połowie liceum trafił do grupy rycerskiej, założonej jeszcze w latach 90. i gdzieś po garażach i piwnicach wytwarzającej produkty zbrojopodobne. – Jako uczeń pieniędzy nie miałem, a stroje średniowieczne kosztują, więc na początku nawet giermkiem nie zostałem – żartuje. Z czasem miał coraz więcej wiedzy i większe wymagania względem stroju, a funduszy wciąż mało. Zaczął więc robić zbroje sam.

Przekonać rycerstwo

Jeszcze w liceum Michał szył ze dwa namioty w miesiącu. Wzorów szukał głównie w internecie. – W wirtualnych galeriach sztuki, muzeach, po angielsku, niemiecku, szwedzku. Ikonografii jest mnóstwo, ale oryginałów, szczególnie tych starszych niż XVI-wieczne, prawie nie ma – mówi. Podczas poszukiwań odkrył, że w średniowieczu namioty szyto z lnu, a nie bawełny. – Len, pospolity i dostępny, był tani, importowana bawełna wręcz przeciwnie. Zmieniło się to dopiero po rewolucji przemysłowej – wyjaśnia.

Musiał jednak stoczyć prawdziwą bitwę, by przekonać do lnu polskie rycerstwo używające bawełny. Bo dziś jest tańsza. Tyle że len pod wpływem wilgoci pęcznieje, robi się sztywny jak blacha i woda po nim spływa. Bawełna takich właściwości nie ma.

Potem Michał postanowił jeszcze bardziej zbliżyć się do historycznej prawdy i szyć namioty ręcznie. Wtedy zaczął dostawać większe zamówienia. Także z zagranicy. Jednym z pierwszych było to ze Szwecji na dwa ręcznie szyte i malowane we wzory namioty. Michał uszył je z kolegą, pomalowała jego dziewczyna. – Wysłaliśmy namioty kurierem, bardzo się spodobały i zostaliśmy zaproszeni na wyspę Birka, gdzie istniała kiedyś ważna osada wikingów. Dziś jest muzeum i zrekonstruowana wioska – opowiada Michał. Mieli przez sześć tygodni szyć ręcznie namioty. – Przez całe wakacje mieszkaliśmy w namiocie rozbitym na łodzi wikingów. Klient zapłacił nam gotówką – po kilka tysięcy na głowę. Wieźliśmy pieniądze zaszyte w ubraniach, drżąc, by nikt nas nie okradł – wspomina Michał.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną