Kim był twórca kultowego poradnika samodoskonalenia

Chłopski rozum
Dale Carnegie, ubogi rolnik z Missouri, miał tylko jeden talent: potrafił zdobywać sympatię ludzi. 80 lat temu napisał książeczkę, która stała się kamieniem węgielnym wielkiego przemysłu samodoskonalenia.
Dale Carnegie
Getty Images

Dale Carnegie

materiały prasowe

materiały prasowe

materiały prasowe

W lutym 1937 r. „New York Times” opublikował recenzję poradnika zatytułowanego „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi”. Autor artykułu wyrażał się o zawartych w książce zasadach budowania relacji międzyludzkich bez entuzjazmu. Treść sprowadził do „rady, by się uśmiechać i być przyjaznym, nie kłócić się, nie szukać winnych i nie mówić innym, że nie mają racji”. Doszukał się „subtelnego cynizmu”, ale uznał, że w całości tekst jest „trzeźwy, prosty i zdroworozsądkowy”. Tym samym najważniejszy amerykański dziennik uczynił wyłom w miażdżących ocenach, jakie książka Dale’a Carnegiego zbierała od premiery. Ale im bardziej jadowici byli krytycy, tym większym entuzjazmem pałali do niej przeciętni Amerykanie.

Skromne wydawnictwo Simon&Schuster, które zakontraktowało książkę (dziś jedna z najznakomitszych oficyn za oceanem), nie robiło sobie wielkich nadziei. Wydrukowano 5 tys. kopii. Po kilku tygodniach sprzedawało się, owszem, 5 tys. egzemplarzy – ale dziennie! A gdy docierające do krańców USA pismo „Reader’s Digest” przedrukowało fragment tekstu, lawina była już nie do zatrzymania.

„Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” jest matką wszystkich poradników uczących, jak ulepszyć swoje życie. Do dziś sprzedano ponad 30 mln egzemplarzy w blisko 40 językach. Nie dość, że przez dekadę tytuł pozostawał najczęściej kupowaną książką w USA, to nigdy nie przestał być bestsellerem. W serwisie Amazon utrzymuje się na szóstej pozycji wśród najpopularniejszych książek nurtu samorozwoju (od ang. self-help), przy czym gdyby nie Dale Carnegie, ten nurt by się nie narodził.

Pierwsza „action book”

Pierwsi autorzy publikacji nakłaniających do pracy nad sobą pojawili się w Wielkiej Brytanii w połowie XIX w., niektórzy zdobyli nawet sporą sławę. Jednak Carnegie pierwszy pojął, że najważniejszym pragnieniem człowieka jest utrzymywanie pozytywnych i przynoszących spełnienie relacji z innymi. I że można je budować, trzymając się kilku uniwersalnych zasad, które działają zarówno w kręgach władzy, świecie interesów, jak i w codzienności każdego z nas.

Gdy psychologia dopiero zaczynała cieszyć się zainteresowaniem, Carnegie wziął garść życiowych mądrości, treści psychologicznych i filozoficznych, i nadał im chwytliwą formę. Myśli formułował jak opowiastki, a każdy z krótkich rozdziałów podsumował jedną zapadającą w pamięć frazą. We wstępie pouczył, by czytać całość co najmniej dwa razy, podkreślać wybrane zdania, a potem działać. Była to pierwsza „action book” – książka do stosowania w praktyce.

Po premierze podróżował i uczył stosować porady. Miliony jego podopiecznych potwierdzały, że przyniosły im one sukces zawodowy albo osobiste szczęście. Każde świadectwo rozpalało zainteresowanie kolejnych czytelników. Osiem dekad później amerykański przemysł dobrych rad przypomina rozdęty balon przynoszący krocie armii pisarskich i telewizyjnych kaznodziejów. Ale ojciec chrzestny zawodowego poradnictwa ma czyste konto – Carnegie nikogo nie nabił w butelkę. Opisał bowiem jedynie typowe ludzkie zachowania i konsekwentnie zaznaczał, że bez szczerego entuzjazmu wobec tych, z którymi żyjemy i robimy interesy, niczego nie da się osiągnąć. On sam postępował tak, jak uczył. Jego córka, żona i współpracownicy powtarzają, że emanował ciepłem, optymizmem i pozostał prostolinijny. Jako właściciel sporego imperium finansowego mieszkał w skromnym domu na Queensie, na Manhattan jeździł metrem, znał z imienia każdego policjanta i sklepikarza w okolicy, a zaproszenia na elitarne przyjęcia uprzejmie ignorował, tłumacząc, że ludzie spodziewają się po nim charyzmy, a on jest dość prostym facetem z Missouri.

Carnegie nie umiał udawać, ale wiedział, jak z przyrodzonych zdolności wykrzesać ogień. Gdy w 1937 r. na jego biurku wylądował pierwszy, opiewający na 90 tys. dol., czek z wynagrodzeniem za sprzedaż książki, przez tydzień tylko mu się przyglądał. Wreszcie poprosił sekretarkę, by zdeponowała go w banku. Dziennikarzom pytającym o brawurowy sukces mówił, że jest „najbardziej zaskoczonym człowiekiem na świecie”. Miał 49 lat i zanim nagle stał się guru Ameryki, doświadczał dotkliwych porażek.

Elementy terapii i zdrowy rozsądek

Ze wsi w Missouri wyjechał jako 16-latek, w walizce miał stary garnitur i marzenie, by zostać pisarzem. Ten garnitur zakładał wcześniej do szkoły oddalonej od domu o sześć kilometrów. Był jedynym uczniem, który nie mógł sobie pozwolić na bursę i każdego ranka wstawał o trzeciej, doił krowy, karmił świnie, a potem szedł. Drogę umilał sobie przemowami. Umiał mówić. Właściwie umiał tylko to. Nie mógł brać przykładu z ojca – rolnika, którego pola wciąż niszczyły powodzie, a trzodę dziesiątkowała cholera. Matka, szanowana w miasteczku pasjonatka i nauczycielka szkółki niedzielnej, zachęcała go, by zapisał się do grupy dyskusyjnej. Do drużyny futbolowej się nie dostał – był niski, chudy, miał odstające uszy, których wstydził się tak samo jak biedy. Beznadziejne położenie wpędzało go w myśli samobójcze.

Ale posłuchał matki i wygrał w college’u konkurs mówców. Zyskał podziw kolegów, zaczął im udzielać lekcji wystąpień publicznych. Wkrótce rzucił szkołę (przed dyplomem), chciał pracować i wyrwać się z ubóstwa. Sprzedawał mięso i mydło sklepikom w Dakocie. Odłożył 500 dol. i ruszył do Nowego Jorku. Był rok 1911, chłopców ze Środkowego Zachodu magnetyzowały wizje miejskiej przyszłości. Ameryka była u szczytu imperialnych marzeń. Po przyjeździe Carnegie zapisał się do szkoły teatralnej. Ukończył ją, otrzymał rólkę w widowisku „Polly at the Circus”, po czym zasilił armię bezrobotnych aktorów.

Krótko sprzedawał luksusowe samochody Packarda. Ale nie lubił tego i nie znał się na maszynach, więc zarabiał kiepsko. Ukończył powieść, przeczytał ją i uznał, że czas porzucić literackie marzenie. Książka wydała się mu koszmarna, nigdy jej nie opublikował. Wiele lat później ponownie spróbuje pisania powieści, z takim samym rezultatem. Za to w filmie zagra – samego siebie – z powodzeniem.

Gdy skończył 24 lata, zadał sobie pytanie: co naprawdę potrafię robić? A lubił mówić do ludzi i dyskutować z nimi. Postanowił więc, że będzie uczyć wystąpień publicznych. Zaoferował swoje usługi Uniwersytetowi Nowojorskiemu oraz Columbii. Obie uczelnie odmówiły. Ale YMCA (Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej) na Harlemie zaprosił go do prowadzenia kursów wieczorowych. Szło mu świetnie, salka pękała w szwach. Szybko przeniósł kursy do sal hotelowych.

Trzon jego słuchaczy stanowiła szczególna grupa pracowników – menedżerowie średniego szczebla. Pojawili się na rynku wraz z nowym modelem przedsiębiorstwa – wielkimi firmami stosującymi masowe metody produkcji i sprzedaży. Gospodarka z trudem dźwigała się z kryzysu, każdy chciał się odróżnić i wybić.

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną