Ludzie i style

Człowiek z żelaza

Filmowa historia triathlonisty Jerzego Górskiego

Jerzy Górski (z prawej) i grający go w filmie Jakub Gierszał Jerzy Górski (z prawej) i grający go w filmie Jakub Gierszał Robert Palka / Archiwum
Triathlonista Jerzy Górski uchodzi za twardziela, ale oglądając fabularny film o swoim życiu, płacze ze wzruszenia.
Jerzy Górski (po lewej) i reżyser filmu „Najlepszy”, Łukasz PalkowskiRadosław Nawrocki/Forum Jerzy Górski (po lewej) i reżyser filmu „Najlepszy”, Łukasz Palkowski

Człowiek z cienia, znany raczej w kręgach społeczników oraz triathlonistów, przeżywa eksplozję popularności. Historia życia 62-letniego Jerzego Górskiego stała się inspiracją scenariusza filmu Łukasza Palkowskiego „Najlepszy”, który właśnie wchodzi do kin, a przed dwoma miesiącami na festiwalu w Gdyni otrzymał m.in. nagrodę publiczności. Dzwonią znajomi, gratulują, trochę się śmieją z Jurka, że teraz z niego gwiazdor, celebryta. A Jurek mówi, że gwiazdy to są na niebie, i dodaje parę żołnierskich słów.

Początkowo chciał się zaangażować w produkcję, bywał na planie, pilnował, by było jak w życiu. Ale w końcu zauważył, że jego obecność jest dla filmowców krępująca, przestrzegł więc tylko: pokażcie siłę ludzkiej woli, że można się wygrzebać z najgorszego bagna.

Trudniejszym doświadczeniem okazują się retrospekcje na użytek autobiograficznej książki pod tym samym tytułem co film, napisanej przez Łukasza Grassa, dziennikarza i zapalonego triathlonistę. Idzie starymi szlakami: rodzinne mieszkanie w poniemieckiej kamienicy w Legnicy, narkotykowe meliny, szpital psychiatryczny w Lubiążu, więzienia. – Ale tamtego życia już nie ma – mówi.

Inny świat

Małego Jurka ciągle nosi – ostatni wraca z podwórka, szkoła to dla niego zło konieczne. Z domu ucieka, kiedy może, bo wieje tam smutkiem. Uczucie między rodzicami dawno się wypaliło. Mama, po kilkunastomiesięcznej odsiadce za pokątny handel garbowanymi skórami, spędza życie w fotelu, dziergając na drutach swetry, trochę popija. Ojciec nosi w sobie jakiś uraz do świata, byle pretekst i wybucha, często dlatego, że jedynak nie chce realizować jego pomysłu na życie i nie oddaje się z pasją kształceniu na mechanika samochodowego.

Jurkowi imponują legniccy hipisi. Mają swój niepodrabialny koloryt, wyróżniają się na tle szaroburej peerelowskiej rzeczywistości. W latach 60. Jurek styka się z nimi w klubie młodzieżowym Legmet. Starsi o parę lat, nie patrzą protekcjonalnie na małolata, który kręci się pod klubem w kapciach, bo wyszedł na chwilę wyrzucić śmieci. Zapal sobie, mówią. Jurek pociąga biełomory zdobyte od radzieckich żołnierzy, których potężny kontyngent jest w Legnicy przedmurzem socjalizmu. Masz małolat, łyknij – mówią Jurkowi lokalne dzieci kwiaty, podsuwając alpagę. Pociąga.

Ale żeby przenieść się w inny świat, odpłynąć przy dźwiękach Deep Purple, Black Sabbath, wybrać się na breakoutowską drugą stronę tęczy, trzeba przejść kolejny stopień wtajemniczenia. Od pierwszego strzału z morfiny do zimnych potów na głodzie, od obietnicy kolorowego świata do okradania aptek z ampułek z morfiną czas biegnie zadziwiająco szybko. Ojca już nie ma, wyprowadził się; mama jest za słaba, żeby wyrwać syna z narkotykowej spirali. – Gotowałem przy niej w kuchni kompot, a ona mówiła: Lepiej byś się napił, wódka to mniejsze zło – wspomina Jurek. Przerwy są sporadyczne, wymuszone pobytami w szpitalach psychiatrycznych albo w zakładach karnych, chociaż tam też potrafi załatwić sobie działkę. Ten narkotykowy spacer po linie trwa 14 lat. Wokół umierają koledzy, którzy przedobrzyli, chcąc zdusić głód. Zero refleksji, że on może być następny. – Ćpałem tak ostro, że mówiono na mnie: pierwszy na liście do piachu.

O Monarze pierwszy raz słyszy w 1982 r., z radiowej audycji, podczas odsiadki za obrabianie aptek. Przed kolegami z celi zgrywa twardziela: co to za pierdoły, co oni wiedzą o ćpaniu, co to w ogóle za ch… ten Kotański?! Ale wyciąga głowę w stronę głośnika, stara się nie uronić ani słowa. W nocy pisze list, w którym wywala całą prawdę o swoim uzależnieniu i o tym, że w Monarze widzi dla siebie ostatnią deskę ratunku. Nie zna adresu, pisze na kopercie: Monar, Sokolniki pod Łodzią – ten, o którym było w audycji. – Nie mam pojęcia, czy list tam dotarł, pewnie nie. Ale najważniejsze było to, że przed samym sobą przyznałem, że mam problem i chcę się leczyć.

Gdy wychodzi z więzienia, koledzy już czekają. Ma w Legnicy dwa towarzystwa: alkoholowe i narkotykowe; zmienia je, gdy monotonia któregoś z nałogów jest już nie do zniesienia. W przebłyskach świadomości powraca jednak ten Monar, jeździ do wrocławskiego punktu przy ulicy Kraszewskiego, rozdygotany pyta, czy jest miejsce, bo chce się leczyć, najlepiej w tych mitycznych Sokolnikach. – Mówili: mamy komplet, przyjdź za tydzień. Ćpałem i wracałem podpisać listę oczekujących. W końcu miejsce się zwolniło. Być może w ten sposób sprawdzali, czy rzeczywiście mi zależy.

Do Monaru trafia, mając 29 lat, w 1984 r. Na miejscu dociera do niego istota zmiany, jaką trzeba przejść, żeby wyrwać się z narkotykowego obłędu: zero przymusu, do przemiany trzeba dojrzeć samodzielnie, poczuć siłę, by powiedzieć nie, będąc wodzonym na pokuszenie. – W szpitalach udawałem, że się leczę, że mi zależy. Przytakiwałem lekarzom, myśląc, skąd wziąć następną działkę – mówi. Monarowskie metody są kontrowersyjne: jako nowicjusz jest golony na zero, nosi drelich, ciężko pracuje. Byle odstępstwo od regulaminu jest karane powrotem na najniższy szczebel hierarchii. Niektóre powody trudno zaakceptować: – Degradację do nowicjatu przeszedłem dwukrotnie: raz, gdy podczas wyjazdu samowolnie popłynąłem na drugi brzeg jeziora załatwić kajaki dla grupy. I drugi – gdy podczas przepustki w Legnicy przypadkowo wpadłem na kumpli od ćpania i trochę z nimi pogadałem.

Częścią terapii jest wysiłek fizyczny. Już pierwszego dnia w ośrodku Jurek, na ciężkim głodzie, musi biec wraz z innymi do pobliskiego parku i z powrotem, jakieś półtora kilometra. Jest wrakiem człowieka – zatacza się, w płucach ma ogień, przed oczami ciemność. Ale im dłużej jest czysty, tym lepiej radzi sobie z wysiłkiem. Wstaje o piątej rano i kilkadziesiąt minut biega wokół boiska do siatkówki, za budynkiem ośrodka. Któregoś dnia mówi na monarowskiej społeczności: zobaczycie, kiedyś wygram maraton. – Ktoś wybuchnął wtedy śmiechem: marzenia popierdolonego narkomana.

Ale Górskiego nie tak łatwo zniechęcić. Już na przepustkach z Monaru szuka dojścia do ludzi, którzy pomogą mu obrać na sportowej drodze właściwy kurs. Janusz Kalinowski, dziennikarz Polskiej Agencji Prasowej: – Poniedziałek rano, przychodzę do pracy. Portier mówi, że ktoś na mnie czeka. Widzę przygarbionego, wychudzonego faceta, który opowiada, urywając, o swoich 14 latach ćpania, o Monarze i o inspiracji do przemiany, jaką dało mu zdjęcie Antoniego Niemczaka, zwycięzcy maratonu z Wiednia, które zobaczył w gazecie.

Anioł stróż

Kalinowski wiezie Jurka do domu, na Bielany. Każe mu czekać do wieczora, aż wróci z pracy. – Żona z tydzień się do mnie nie odzywała, że wpuściłem do mieszkania obcego człowieka, narkomana, który przecież mógł nas okraść. Ale biła z niego taka szczerość, że nie mogłem zostawić go na lodzie. Górski kilka dni mieszka u Kalinowskiego, razem wybierają się na przebieżki do Lasku Bielańskiego. Dziennikarz daje gościowi nowiutkie buty do biegania przywiezione ze Stanów, zaprasza go na najbliższą edycję Maratonu Warszawskiego, którego organizację przejął po Tomaszu Hopferze. Kalinowski: – Wystartował, dobiegł, czekałem na niego za metą. Powiedział wtedy: za rok to ja będę na ciebie czekał. I tak się stało.

Innym aniołem stróżem Górskiego jest Niemczak, w latach 80. najlepszy polski maratończyk. Jurek idzie na jego trening, nie wierząc za bardzo, że w ogóle uda mu się dotrzeć do mistrza, ale ten wsłuchuje się w jego historię i tak jak Kalinowski jest poruszony tym, że facet żyje po tym, jak wstrzyknął w siebie morze takiego świństwa, narodził się na nowo i chce teraz ćpać inny narkotyk – sport.

Niemczak staje się jego osobistym trenerem. Patrząc, jak zachłannie Jurek rzuca się na sport, mówi mu, że samo bieganie to za mało, powinien spróbować triathlonu. – Miałem gdzieś ulotkę z Ultramana na Big Island na Hawajach. Po tych wszystkich latach, kiedy byłem więźniem swoich nałogów, te zawody stały się dla mnie kwintesencją wolności. Pływanie, rower, bieg – to wszystko na bajkowych Hawajach, z widokiem na ocean, wokół wiszących ogrodów. Moją obsesją stało się tam wystartować.

Swoje marzenie spełnia w 1995 r., mając 41 lat. Bierze udział w Ultramanie (rozłożone na trzy dni 10 km pływania, 145 km podjazdu rowerem na znajdujący się na środku wyspy wulkan, kolejne 275 km na rowerze i 84 km biegu), mimo że półtora roku wcześniej podczas treningu został potrącony przez samochód i trafił do szpitala ze złamanym barkiem, szczęką, obojczykiem i łopatką. Kilka lat wcześniej wygrał zawody Double Ironman w Alabamie.

Jego fizyczna metamorfoza – od wraku człowieka do faceta z żelaza – jest nieprawdopodobna. Dariusz Goździak, złoty medalista w pięcioboju nowoczesnym z Barcelony: – Trenowaliśmy razem w ośrodku przygotowań olimpijskich w Drzonkowie. Nawet z punktu widzenia zawodowego sportowca triathlonowe wyzwanie robi wrażenie. W takich zawodach liczy się odporność na ból, siła woli. Wydaje mi się, że to, przez co Jurek przeszedł jako narkoman, uodporniło go na cierpienia typowe dla Ironmana.

Wolny od ćpania Jurek chce wyciągać z nałogu innych. Jeszcze jako pacjent Monaru bywa we wrocławskim ośrodku leczenia uzależnień, gdzie widzi swoje własne kopie z samego początku leczenia, skulone ludzkie wraki w detoksowym dygocie. Chodzi między nimi, zachęca: chłopaki, dacie radę, z każdym kolejnym dniem będzie lepiej. Z Monaru wysyłają go do innych ośrodków, gdzie robi za żywą reklamę przemiany, która dla tych znajdujących się na samym dnie narkotykowego upodlenia wydaje się niemożliwa. Ma dar przekonywania, umie trafić do ludzi.

W słusznej sprawie – wymuszenia zakazu siania maku w Polsce – rzuca pomysł zorganizowania kilkudniowego biegu, chce zahaczyć o największe miasta i nagłaśniać ideę. Kotański zapala się do pomysłu, jest na starcie, podobnie jak Niemczak. Ówczesnym władzom – jest listopad 1986 r. – wciąż trudno otwarcie mówić o tym, że narkotyki w Polsce są problemem, że kompot zabija. Nie wpuszczają biegaczy do centrów miast, ale wydarzenie nagłaśniają media, problemu narkomanii nie da się już dalej marginalizować. Górskiemu jest mało – wyrusza w samotny rajd rowerowy dookoła Polski, po drodze chce zbierać podpisy pod zakazem siania maku. Bilans: 2 miesiące, ponad 3 tys. km, 17 tys. podpisów. W końcu w życie wchodzi prawo dopuszczające sianie maku na malutkim areale, kilkunastu metrach kwadratowych.

Misji Górskiego ciąg dalszy: kontakt zaufania dla ludzi z narkotykowymi problemami, wyciąganie dzieciaków z lenistwa do sportu w ramach akcji „Zostań mistrzem własnego ciała”, a także zbiórki – jak ta, gdy trzeba było zgromadzić 80 tys. euro na operację w Niemczech dla 4-letniego chorego na rzadki nowotwór Oliwiera. Górski na mikołajki przepłynął wtedy Odrę w samych slipkach.

Nie jest sentymentalny. Triathlonowe puchary ma pochowane w piwnicy. Słabość ma jedynie do brązowej klamry, którą dostał za ukończenie 100-milowego Biegu Śmierci po kalifornijskich bezdrożach, nosi ją na co dzień. Pamiątkowe zbieractwo jest mu obce, ale jednej rzeczy żałuje: wyrzucenia butów, w których podczas Biegu Śmierci wyciął czubki, bo go cisnęły. – Czasem, gdy mam lenia, spojrzałbym na nie i powiedział: stary, dupa w troki i do przodu.

Polityka 45.2017 (3135) z dnia 07.11.2017; Ludzie i style; s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Człowiek z żelaza"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Służba zdrowia nie taka publiczna. Leczymy się za własne

Przeciętna polska rodzina wydała w ostatnim miesiącu z własnej kieszeni na leczenie aż 557 zł. Z odpłatnej pomocy lekarskiej nie skorzystało w tym czasie tylko mniej niż co trzecie gospodarstwo domowe.

Joanna Solska
25.02.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną