Alpinizm to ludzie
Rozmowa z Krzysztofem Wielickim, himalaistą, kierownikiem wyprawy na niezdobyty zimą K2 – o zgubnych skutkach personalizacji sukcesu.
„Mój ośmioletni syn zapytał mnie ostatnio: Tata, ale ty się tam nie zabijesz, prawda?”
Kacper Pempel/Forum

„Mój ośmioletni syn zapytał mnie ostatnio: Tata, ale ty się tam nie zabijesz, prawda?”

„70 proc. himalajskiej twardości to genetyka. Dopiero potem są doświadczenie, umiejętności, a na końcu szczęście”.
Kacper Pempel/Reuters/Forum

„70 proc. himalajskiej twardości to genetyka. Dopiero potem są doświadczenie, umiejętności, a na końcu szczęście”.

Krzysztof Wielicki
Łukasz Sokół/Forum

Krzysztof Wielicki

Marcin Piątek: – Będzie się pan wspinał?
Krzysztof Wielicki: – Jeśli już, to raczej do obozów, żeby wnieść tam sprzęt, zaopatrzenie. Na szczyt nie zamierzam. Czuję się na siłach, ale dostrzegam zagrożenia. Mam 67 lat, jestem niskociśnieniowcem, przy dużym wysiłku w rozrzedzonym powietrzu może zdarzyć się udar, zator. Mój ośmioletni syn zapytał mnie ostatnio: Tata, ale ty się tam nie zabijesz, prawda?

To hamulec?
Wie pan, ja dopiero od niedawna mogę sobie pozwolić na wartościowanie. Gdy byłem młody, miałem ambicje pisania nie tylko własnej historii, ale i historii himalaizmu. Ale teraz ten dodatkowy szczyt nie jest wart tego, żeby nie było mnie przy dorastaniu syna. Trochę wstyd przyznać, ale przy poprzednich dzieciach, dziś już dorosłych, tego nie czułem.

Jak pan to tłumaczy?
Nie wiem… Chyba wiekiem. Dziecko, które przychodzi późno, traktuje się inaczej, człowiek zdaje sobie sprawę z poczucia uciekającego czasu, a chciałoby się być z rodziną jak najdłużej, sprostać obowiązkom, nie zostawić niezałatwionych spraw. No i czasy są inne – gdy w latach 70. albo 80. wyjeżdżaliśmy na wyprawę, granica się zamykała. Bilet powrotny był za trzy miesiące, rodzina zostawała daleko. Teraz jest zupełnie inaczej – dzięki internetowi i satelitom rodzina jest w bazie, pod szczytem.

To przeszkadza?
Sprzyja kalkulacjom: żona czeka przed laptopem, to może wrócę do bazy, zadzwonię, usłyszę dzieciaki, przy okazji rozgrzeję się herbatą. Kontakt z najbliższymi jest potrzebny, ale jeśli przesłania cel, to już jest problem.

Brał pan to pod uwagę przy doborze zespołu? Umiejętność oddzielenia tych dwóch światów?
Skład typowała komisja sportowa w Polskim Związku Alpinizmu. Liczyło się przede wszystkim doświadczenie w Himalajach, w tym zimowe. I predyspozycje do zimowego wspinania, odporność na ból, głód, choroby, niedogodności. Moim zdaniem z tym trzeba się urodzić. 70 proc. himalajskiej twardości to genetyka. Dopiero potem są doświadczenie, umiejętności, a na końcu szczęście.

Wyruszacie po świętach, ale oblężenie góry potrwa pewnie ze dwa, trzy miesiące. Trudno tak długo ze sobą wytrzymać?
Zespół jest duży, jedzie 13 osób. To dobrze, bo zawsze można znaleźć sobie kogoś do towarzystwa: pograć w karty, w szachy, pójść na spacer, obejrzeć film, przygotować obiad. Łatwiej jest tam przetrwać, rozładować napięcie.

O śmierci się rozmawia?
Nigdy. To pojęcie w górach nie istnieje. Statystyka nie robi żadnego wrażenia. Ja? Ja sobie zawsze poradzę. To oczywiście nieprawda, bo ludzie błędnie zakładają, że podczas wspinaczki wszystko zależy od nich – jakby nie było szczelin, lawin, urywających się seraków, nagłych napadów choroby wysokościowej. Ale takie podejście jest konieczne. Strach przydaje się wyłącznie jako kreatywne uczucie, zmuszające do podejmowania racjonalnych decyzji. Temat śmierci pojawia się dopiero, gdy ktoś ginie. I trzeba zdecydować, co dalej z wyprawą.

Co wtedy? Głosujecie?
Tak, śmierć uczestnika to chyba jedyny moment, kiedy się głosuje. Nie słyszałem zresztą o przypadku, żeby z tego powodu przerwać wyprawę. I znam jedną osobę, która pod wpływem zgonu partnera zrezygnowała z alpinizmu. To nie jest nieczułość, ale oswojenie z konsekwencjami uprawiania himalaizmu, nawet tymi najbardziej tragicznymi.

Skoro na wyprawie nie ma demokracji, musi być pruski dryl.
Wręcz przeciwnie. Nie ma hierarchii wynikającej z podziału ról, czasem kształtuje się ona naturalnie, bierze z doświadczenia członków wyprawy. Raczej się prosi, sugeruje, a kluczowe decyzje uciera podczas rozmowy.

Podobno lider Krzysztof Wielicki nie znosi sprzeciwu.
Eee tam, legenda (śmiech). Być może wcześniej, gdy biły we mnie dwa serca – kierownika i wspinacza z ambicjami, potrafiłem coś narzucić, ustawić pod siebie. Z upływem czasu moja rola na wyprawach zbliżyła się do tej, jaką pełnił Andrzej Zawada. Dzielę się radami – w którym miejscu umocować namiot, jak go zabezpieczyć, którędy pójść, gdzie uważać, bo pamiętam, że tam coś się kiedyś oderwało. Na mojej głowie jest całe zaopatrzenie, logistyka, żywność, lekarstwa. Dużo trzeba z ludźmi rozmawiać. Pomóc podjąć decyzję.

Chętnie rozmawiają?
Byle nie o problemach. Każdy uważa, że sam będzie o sobie decydował, nie chce okazać słabości, która mogłaby go wyeliminować z ataku szczytowego.

To o co się spieracie?
Najczęściej o to, kiedy zacząć atak szczytowy. Latem nie ma z tym problemu, wychodzi się w nocy, bo śnieg jest twardszy, lepiej się wspina. Zimą nie chodzi nawet o mróz, w końcu różnica temperatur nie jest taka duża – na 7 tys. m w dzień może być minus 30 st., a nocą minus 37. Ale dzień jest krótki, nie można zbyt długo liczyć na światło, które dodaje otuchy.

Samo przygotowanie do wyjścia wprowadza nerwowość. Trzeba roztopić lód, żeby ugotować herbatę. Coś zamarzło w maszynce, gaz nie chce wychodzić, podgrzewa się więc ten zbiornik innym palnikiem, który udało się odpalić. Czego się nie powinno robić, bo to niebezpieczne, grozi wybuchem. Na zewnątrz nie da się wyjść, wszystko trzeba robić w namiocie, gdzie jest ciasno jak cholera. Coś się wyleje, ktoś sobie przypali kombinezon. Każdy walczy o maszynkę, bo chce jak najlepiej buta rozgrzać, który jest tak sztywny, że nie da się w niego włożyć stopy. Poza tym frustrujące jest samo biwakowanie w obozach – w namiocie się gotuje, oddycha, para zmienia się w śnieg, wali wiatr, więc to, co osiądzie na powale, spada na śpiących. Śpiwór mokry, zamarza, sztywny, trzeba by go znieść do bazy, wysuszyć, ale nie ma jak.

Rozkosznie.
Dlatego właśnie wspinanie zimą nie każdemu pasuje. Kolejnym potencjalnym punktem zapalnym jest granica odporności na odmrożenia. Zespół idzie na szczyt i nagle ktoś przestaje czuć palce u stóp. No i zaczyna się wewnętrzna walka – jak długo jeszcze mogę iść? Pół godziny? Godzinę? A co, jeśli przekroczyłem tę granicę, za którą zaczyna się nieodwracalne, czyli amputacja? No więc dylemat: Iść? Wracać? Co z partnerem? Przecież nie zostawię go samego. Gdy z Jurkiem Kukuczką wchodziliśmy zimą na Kanczendzongę, w pewnym momencie obaj stwierdziliśmy, że nie czujemy stóp. Usiedliśmy na lodowej półce i przez godzinę waliliśmy czekanami w buty, aż poczuliśmy, że krążenie wraca. I zaliczyliśmy pierwsze zimowe wejście na ten szczyt.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną