Jak się dziś ratuje w Himalajach

Na wysokości zadania
Jak głośna akcja ratunkowa na Nanga Parbat wygląda na tle innych? I czy Polacy stali się specjalistami „sztuki cierpienia”?
Północny szczyt Nanga Parbat w chmurach
Punnawit Suwuttananun/Getty Images

Północny szczyt Nanga Parbat w chmurach

Helikopter na tle Annapurny II (7937 m n.p.m.), drugiego pod względem wysokości szczytu ogromnego masywu ośmiotysięcznika. Z wysokości 6950 m spod głównego szczytu Annapurny ewakuowano śmigłowcem w 2010 r. Rumuna Horię Colibășanu, Baska Juanito Oiarzabala i Hiszpana Carlosa Paunera.
Getty Images

Helikopter na tle Annapurny II (7937 m n.p.m.), drugiego pod względem wysokości szczytu ogromnego masywu ośmiotysięcznika. Z wysokości 6950 m spod głównego szczytu Annapurny ewakuowano śmigłowcem w 2010 r. Rumuna Horię Colibășanu, Baska Juanito Oiarzabala i Hiszpana Carlosa Paunera.

Tomasz Mackiewicz podczas zimowej próby wejścia na Nanga Parbat w grudniu 2013 r.
Michał Dzikowski/PAP

Tomasz Mackiewicz podczas zimowej próby wejścia na Nanga Parbat w grudniu 2013 r.

Denis Urubko i Adam Bielecki z uratowaną Elisabeth Revol po sprowadzeniu jej najtrudniejszym fragmentem drogi Kinshofera do podstawy ściany Diamir na Nanga Parbat.
Adam Bielecki

Denis Urubko i Adam Bielecki z uratowaną Elisabeth Revol po sprowadzeniu jej najtrudniejszym fragmentem drogi Kinshofera do podstawy ściany Diamir na Nanga Parbat.

Nocny panoramiczny widok na obóz wyjściowy u podnóża Mount Everestu
Marc Pagani/Aurora Creative/Getty Images

Nocny panoramiczny widok na obóz wyjściowy u podnóża Mount Everestu

Imponujący tempem nocny rajd dwóch należących do najsilniejszych na świecie himalaistów – Adama Bieleckiego i Denisa Urubko – pół Polski śledziło za pomocą lokalizatora SPOT, który miał ze sobą ten pierwszy. Doprowadziło to nawet do zablokowania strony, na której można było na żywo obserwować postępy szybkiej dwójki, a tym samym utrudniało koordynację akcji ratunkowej.

Takiej akcji zimą w Himalajach dotąd nie było. Polscy himalaiści uczestniczący w wyprawie na K2 ruszyli pod oddaloną o 180 km Nanga Parbat, po informacji o kłopotach francusko-polskiego zespołu Elisabeth Revol i Tomasza Mackiewicza. Pakistański pilot 27 stycznia o godz. 17.40 wysadził ratowników na wysokości 4850 m.

Adam Bielecki i Denis Urubko niemal bezzwłocznie rozpoczęli podchodzenie stromym lodowym zboczem na drodze Kinshofera, klasycznej, lecz niełatwej. Około 1200 m wyżej po ponad 8 godzinach wspinaczki około godz. 2 w nocy ponad ścianką Kinshofera, stumetrową pionową barierą skalną, Urubko znalazł wyczerpaną, dotkniętą II stopniem hipotermii Revol, która dzień wcześniej zeszła z wysokości około 7300 m. Z odmrożonymi dłońmi nie byłaby w stanie samodzielnie pokonać dalszej części drogi.

Ratunek nadszedł tuż przed wielodniowym załamaniem pogody, które w dniu spotkania z Revol nadciągało nieuchronnie nad Nanga Parbat. Niestety, dla uwięzionego ponad kilometr wyżej Mackiewicza oznaczało to zerowe szanse na pomoc.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego ratownicy nie kontynuowali akcji, wydaje się prosta: lepiej uratować w górach jedno życie, niż stracić cztery. Pozostawienie odmrożonej Elisabeth, zmuszenie jej do przetrwania kolejnego dnia i nocy na Nanga Parbat, wyruszenie po Tomka, któremu i tak we dwóch nie mogliby pomóc, nie byłoby aktem heroizmu. Byłoby szaleństwem.

Internet wypełniła mimo to fala zachwytu nad heroiczną postawą ratowników. Kanapowi eksperci w tempie prześcigającym akcję Bieleckiego i Urubki zdobywali swoje himalaje patosu: „Ludzie roku 2018!”, „Należy im się Virtuti Militari”. „Zachowajmy umiar, bo niedługo się okaże, że pomoc partnerowi jest bohaterstwem” – Jerzy Natkański, szef Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki, studził emocje, dodając, że Bielecki i Urubko postąpili tak, jak postąpiłby każdy inny himalaista.

Owszem, historia działalności człowieka w Himalajach zna przypadki odmowy udzielenia pomocy partnerom w górach. W 1905 r. podczas wyprawy na Kanczendzongę jej kierownik Aleister Crowley, okultysta, mag i jedna z najmroczniejszych postaci początków XX w., a wówczas alpinista, nie ruszył się nawet z namiotu na wysokości 6200 m na pomoc zasypanym przez lawinę towarzyszom, którzy wcześniej sprzeciwili się jego rozkazom.

Ta sama historia zna przypadki zadziwiającej znieczulicy klientów komercyjnych wejść na Everest oraz towarzyszących im szerpów. Obok jednego z tych pierwszych – pozostawionego samemu sobie na ponad 8 tys. m Brytyjczyka Davida Sharpa – przeszło w maju 2006 r. około 40 osób w drodze na szczyt, nie udzielając mu pomocy także w drodze zejściowej, ponieważ, jak przekazał jeden ze świadków, był on już „praktycznie martwy”. Podobnie jak inny z klientów w tym samym roku, Australijczyk Lincoln Hall, który – choć wcześniej pozostawiono go na pastwę losu – przetrwał noc na wysokości ponad 8600 m i został uratowany.

Trzeba jednak pamiętać, że była to tylko jedna noc, działo się to w sezonie letnim na górze, na którą wiedzie wyznaczany ciągiem lin poręczowych, tłoczny o tej porze roku szlak. I gdzie obecnie możliwy jest też ratunek za pomocą helikoptera.

Gdzie dotrze helikopter?

W Nepalu działają komercyjne służby ratunkowe dysponujące helikopterami i pilotami wyszkolonymi do prowadzenia akcji na wysokości ponad 6000 m, co jeszcze kilkanaście lat temu nie wchodziło w rachubę. W nowym stuleciu tę granicę zaczęto jednak stopniowo przekraczać. W kwietniu 2010 r. lotniczy zespół nepalskiego Fishtail Air i szwajcarskiego Air Zermatt z pilotem Danim Aufdenblattenem, korzystając z Eurocoptera AS 350 B3, zwanego „Wiewiórką”, w trzech kolejnych lotach podjął z wysokości 6950 m na stokach Annapurny trójkę wyczerpanych himalaistów z Hiszpanii i Rumunii.

Po akcji trochę przedwcześnie ogłoszono rozpoczęcie nowej epoki w ratownictwie górskim w Himalajach, ale mówiono też o zagrożeniach dla himalaistów przyszłości, dla których możliwość wezwania powietrznej taksówki mogłaby skutkować zwiększaniem ryzyka, wchodzeniem na szczyty na granicy własnych sił.

Czynnikiem decydującym o możliwości przeprowadzenia akcji jest i zawsze będzie jednak pogoda. Dlatego wówczas na Annapurnie akcja mogła ruszyć z jednodniowym opóźnieniem, a innego Hiszpana pozostałego na ponad 7500 m nie udało się już uratować.

Teoretycznie już pięć lat wcześniej tym samym modelem helikoptera francuski pilot Didier Delsalle dokonał lądowania, a właściwie zawisu z symbolicznym dotknięciem szczytu Mount Everestu. Ale rekordowa akcja z użyciem helikoptera została przeprowadzona 21 maja 2013 r., gdy włoski pilot Maurizio Folini latający maszyną należącą do himalaisty Simone Moro poleciał na wysokość 7800 m, z której podjął na długiej linie niemogącego się poruszać Nepalczyka, niepełnosprawnego zdobywcę Everestu po amputacji rąk. Wcześniej jednak usunięto ze śmigłowca niemal wszystko, łącznie z tylnymi fotelami, zatankowano minimalną ilość paliwa, obecni na dole szerpowie wpięli poszkodowanego do liny, a umiejętności i stalowe nerwy pilota pomogły utrzymać helikopter przez 30 sekund w zawisie. „Możliwości techniczne helikoptera kończyły się na wysokości 7000 m. Zaryzykować dwa miliony euro, wiedząc, że w razie czego ubezpieczenie nic ci nie wypłaci, to była decyzja wielkiego serca...” – przyznawał Moro.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną