Sportowe sneakersy podbijają świat

Te głośne cichobiegi
Buty sportowe wypromowali tenisiści i koszykarze, ale swoje zasługi mają też wojskowi, dilerzy narkotyków, projektanci zmywarek oraz... kury.
Raper Kanye West ma własną linię sneakersów.
Kevin Mazur/Getty Images

Raper Kanye West ma własną linię sneakersów.

Słowo „komfort” jest dla zrozumienia fenomenu sneakersów kluczowe.
Edward Berthelot/Getty Images

Słowo „komfort” jest dla zrozumienia fenomenu sneakersów kluczowe.

Sneakersy coraz częściej stają się fetyszem dandysów i zwolenników wytwornej elegancji.
Christian Vierig/Getty Images

Sneakersy coraz częściej stają się fetyszem dandysów i zwolenników wytwornej elegancji.

Masywne, wręcz toporne balenciagi.
Christian Vierig/Getty Images

Masywne, wręcz toporne balenciagi.

Amerykanie upierają się, że sneakersy są sprawą polityczną.
Matthew Sperzel/Getty Images

Amerykanie upierają się, że sneakersy są sprawą polityczną.

Wyglądają jak chodaki otyłej pielęgniarki skarżącej się na haluksy – tak efekt współpracy słynnego domu mody Louis Vuitton z marką Supreme podsumował magazyn „Sneaker Freaker”, biblia fanów sportowych butów. Mimo to w kilka dni po premierze modele te odsprzedawano już za równowartość ok. 10 tys. zł. Witamy w świecie sneakersów (cichobiegów, bo to od angielskiego sneak – cicho przemykać), czyli wszelkiego rodzaju trampek, tenisówek i innych niemających w języku polskim odpowiedników modeli sportowych butów, jednego z najszybciej rozwijających się segmentów branży mody czy raczej stylu życia.

To świat pozbawiony – na zdrowy rozum – logiki i reguł. Tu praktycznie każdy but, bez względu na jego urodę i typ, jest pożądany. Może być relatywnie niedrogi i mieć logo popularnej marki, jak Puma czy Converse. Lepiej, jeśli z ową marką we współpracę wejdzie znany artysta. Niemal obowiązkiem muzyków, szczególnie raperów i gwiazd R&B, jest dziś bowiem zostawić, w sensie dosłownym, własny ślad – własne linie butów mają m.in. Jay Z, Diddy, Dr Dre, Kanye West czy Rihanna. Najlepiej zaś, jeśli do tego duetu dołącza jeszcze niszowy sklep albo luksusowa marka, jak w przypadku debiutujących niedawno butów z metką Chanel x Pharrell Williams x Adidas, dla przykładu. Pozycjonowanie marki ma jednak mniejsze znaczenie. Ważne, by po prostu był sportowy. Dlatego nikt – czy to sieciówka, supermarket, wzięty projektant czy słynąca z elegancji manufaktura z wiekową tradycją – na brak sneakersów w swojej ofercie nie może sobie pozwolić.

Modne są praktycznie każde. Oldschoolowe niczym z lat 80., ale i z nowoczesnych pianek i siatek. W obu przypadkach – za jakieś 200 zł. Ale też te skórzane Ricka Owensa, z cholewką po kolana niczym kozaki, wycenione na ok. 6 tys. Minimalistyczne, w całości jednokolorowe, ale i malowane w kraty, wycinane laserowo czy, niestety, ozdabiane futrem. Lekkie albo masywne, wręcz toporne, jak balenciagi, przypominające stare nike z początku lat 90. Błyszczące niczym karoseria lamborghini albo od nowości wystylizowane na ubłocone i znoszone. Bywają ostentacyjnie infantylne, jak niedawny model Gucciego z naszywką z Kaczorem Donaldem, albo ostentacyjnie nowobogackie, obsypane diamentami.

Jakże daleko odbiegliśmy od niewinnych trampek, w których Pele rozgrywał w 1970 r. mundial w Meksyku! No, może nie takich niewinnych, zważywszy że firma zapłaciła mu niejako pod stołem 125 tys. dol. za ich noszenie i – co ważniejsze – za poprawienie przed finałowym meczem mistrzostw sznurówek na murawie. Spowodowało to opóźnienie wykopania piłki, więc zawczasu ustawione kamery przez kilka chwil pokazywały wyłącznie buty piłkarza. Co zobaczyły miliony widzów na świecie.

Drogi jak but

Dziś nie trzeba takich ustawek. Wystarczy wrzucić zdjęcie buta na Instagram, by zyskać ten sam efekt. Rynek butów sportowych w samych Stanach Zjednoczonych, gdzie sneakersy zostały uznane za narodowe dziedzictwo mody na równi z T-shirtem czy dżinsami, wart jest dziś ponad 17 mld dol. Mowa o butach nowych, bo tych używanych, dzięki niezliczonym aukcjom i platformom sprzedażowym – kolejny miliard. Ale jakżeby inaczej, skoro dziś oryginalne air jordany III z 1988 r. wyceniane są na 32 tys. dol.? Amerykańska agencja Transparency Market Research prognozuje, że za trzy lata światowy rynek butów osiągnie wartość 220 mld dol. Buty sportowe – to już według wyliczeń PR Newswire – stanowić będą największą jego część. Ich sprzedaż rośnie o blisko 10 proc. rocznie. Podobnie zresztą jak ceny. Wynika to ze wzrostu kosztów robocizny w Chinach, cen surowców, inflacji i z tendencji, by pożądana moda kosztowała coraz więcej.

Ale wysokie ceny to także efekt inwestycji w technologie. Sneakersy od początku tworzone były przy udziale ludzi niezwiązanych z modą. Np. przez Bruce’a Kilgore’a (twórcę kultowych air force 1), wcześniej projektującego m.in. zmywarki w Whirlpoolu. Czy Tiffany Beers, projektantkę samozawiązujących się Back To The Future Nike Air Mag, która zaczynała jako technik w laboratorium specjalizującym się w tworzywach sztucznych, a minionej jesieni odeszła z Nike do... Tesla Motors.

– Weźmy ostatnie nowinki, one naprawdę zrewolucjonizowały branżę obuwniczą, by wspomnieć o butach, których cholewka jest całkowicie dziana, czyli wygląda po prostu jak skarpeta. Ciekawie wyglądają, jednak długo pozostaną modne także dlatego, że pieniądze wydane na tę technologię muszą się zwrócić ich producentom – mówi Anna Letycja Walicka, wykładowczyni krakowskiej Szkoły Artystycznego Projektowania Ubioru, a przy okazji projektantka sneakersów.

Każdy z nowych modeli fetowany jest tysiącami recenzji i testów w fachowej prasie i poddawany osądowi publicznemu. Nierzadko ich handlowy debiut przybiera uroczystą formę niczym premiery filmowe, z czerwonym dywanem, fotoreporterami i gwiazdami. Pożądane buty szybko awansują do rangi klasyków i trafiają do muzeów. A współtwórcami wystaw często są sami sneakerheadzi (czyli miłośnicy sneakersów).

Na wystawie G.O.A.T. Sneakers (Greatest Of All Time) w londyńskiej Archivists Gallery pokazano prywatne zbiory dwóch – dla bezpieczeństwa ukrywających się pod pseudonimami – wielbicieli butów, w tym pojedyncze okazy warte ok. 35 tys. zł za parę. To, swoją drogą, i tak niedużo, zważywszy że perłą w kolekcji butów rapera Drake’a są, sygnowane zresztą jego nazwiskiem, złote air jordany za 1,9 mln dol.

Na najatrakcyjniejsze – czytaj: limitowane – modele sprzedawane w wyselekcjonowanych sklepach sporządza się listy kolejkowe. Względnie koczuje się po nie cztery dni i noce w śpiworach, jak było m.in. przed Warsaw Sneakers Store, do którego miały trafić sneakersy Kanyego Westa. Nerwy warszawskich sneakerheadów zostały wówczas wystawione na próbę, bo z powodu niedoszłego samobójcy, planującego w tym czasie skoczyć z trzeciego piętra budynku, na godzinę przepędzono trampkowych nomadów, by zrobić miejsce dla radiowozu i karetki. Wyrazy współczucia nadchodziły wówczas z całego świata, gdyż – cytując redaktora „Wall Street Journal” Howiego Kahna – obieg newsów dotyczących sneakersów jest bodaj najszybszy ze wszystkich doniesień ze świata.

Za to szaleństwo odpowiadają też same firmy, które szybko nauczyły się podgrzewać atmosferę. Przykładem New Balance i jego linia 247. Najpierw przedstawiono vipom ich limitowaną edycję z wysokiej jakości nubuku i pianki, w szarościach i kolorze morskim. Kilka z nich trafiło do drugiego obiegu, co uczyniło zeń błyskawicznie obiekt kolekcjonerski i rozsławiło całą, „oficjalną” już, linię. W jej skład weszły jednak najpierw 247 Luxe, w rozszerzonej o czerń palecie kolorystycznej, następnie wykonana częściowo z siatki seria Sport, potem seria Around The Globe, aż w końcu partia stworzona we współpracy z tokijskim sklepem Mita Sneakers, gdzie butom dodano zamsz i nazwano je Tokyo Rat. Wszystko po to, by przygotować grunt pod ogólnodostępną i klasyczną odsłonę linii 247 i pod jej wersję damską, z trzema nowymi wariantami kolorystycznymi. Całą operację marketingowo wspomagały sesje tworzone przez fotografików, m.in. w Los Angeles, Szanghaju, Berlinie, Tokio i Nowym Jorku. – 247 to jeden z naszych największych bestsellerów – przyznaje Marcin Mikusek, PR manager New Balance, niestroniący od marketingowego języka. – Klientom podoba się połączenie kultowych modeli z podeszwą sportową, zapewniającą bajeczny komfort poruszania się po mieście.

Do garnituru i na kort

Słowo „komfort” jest dla zrozumienia fenomenu sneakersów kluczowe. Bo to właśnie z jego powodu świat na ich punkcie zwariował. – Są wygodne. A to wystarczy. Przez to, że świat tak pędzi, ludzie nie mają już czasu na niewygodne buty. Poza tym dopasowywanie modelu butów do danego stroju zawsze trochę trwa i przy okazji frustruje, bo nikt nie chce popełnić gafy – mówi Anna Letycja Walicka. I rzeczywiście: dylemat, które szpilki, czółenka czy mokasyny będą pasować do konkretnej spódnicy, spodni czy płaszcza, rozwiązały buty sportowe – dziś pasują przecież do wszystkiego.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną