Kilka tygodni na naukę technik samoobrony to za mało

Samooszustwo
MON uczy Polki samoobrony. Dobre chęci i 15 godzin ćwiczeń to za mało, by osiągnąć coś więcej niż propagandowy efekt.
Plan treningowy MON, rozpisany na 10 zajęć, wydaje się nieco zbyt ambitny.
Piotr Skórnicki/Agencja Gazeta

Plan treningowy MON, rozpisany na 10 zajęć, wydaje się nieco zbyt ambitny.

Gichin Funakoshi, założyciel stylu karate Shotokan, mistrz ciężkiej pracy, ćwiczący z przyrządem zwanym makiwara.
Wikipedia

Gichin Funakoshi, założyciel stylu karate Shotokan, mistrz ciężkiej pracy, ćwiczący z przyrządem zwanym makiwara.

audio

AudioPolityka Jan M Długosz - Samooszustwo

W 46 jednostkach wojskowych w całej Polsce zawodowi żołnierze uczą kobiety technik, które mają im pomóc obronić się w sytuacji zagrożenia. Pierwszy kurs, jak podaje Ministerstwo Obrony Narodowej, ukończyło ponad 3 tys. uczestniczek. W kwietniu kolejne panie po 10 półtoragodzinnych spotkaniach poczują się pewniej, wracając wieczorem do domu. Problem w tym, że jedynym pewnym skutkiem programu będzie poprawa wizerunku resortu obrony, kursantki zaś w najlepszym razie w ciągu następnych trzech miesięcy zapomną wszystko, czego nauczyły się na prowadzonych raz na dwa tygodnie zajęciach.

Nie ma w tym winy ani pań, których pot wsiąknie w maty, ani wojskowych instruktorów, bo ci z pewnością przyłożą się do swojej pracy, ani nawet ministerstwa, bo sama idea jest ze wszech miar słuszna.

Jak można przeczytać na stronie MON, program obejmuje m.in. obronę przed uderzeniem pięścią, uwolnienie z uchwytów za ręce, włosy, ubranie, obronę przed kopnięciami i duszeniem oraz, uwaga, przed atakiem niebezpiecznym narzędziem, w tym nożem. Ten ostatni punkt budzi zdziwienie tym większe, że większość ekspertów od walki wręcz radzi w takiej sytuacji po prostu uciekać, a znana zasada 21 stóp (około 6,5 m) mówi, że dopiero taki dystans zapewnia szansę na odparcie ataku ostrym narzędziem, ale tylko ekspertowi wyposażonemu w broń palną (o ile pistolet znajduje się w kaburze)! Czy więc plan treningowy MON, rozpisany na 10 zajęć, nie jest nieco zbyt ambitny?

Opanuj strach

Jaki jest cel każdego kursu samoobrony, nie tylko tego organizowanego przez MON? Dać szansę na uniknięcie śmierci lub ciężkich obrażeń w razie bandyckiego napadu. A trzeba się na takim kursie nauczyć przede wszystkim kilku podstawowych zasad unikania sytuacji niebezpiecznych. Tu sprawa jest dość prosta, bo wystarczy zapamiętać, czego nigdy nie należy robić i przećwiczyć to „w terenie”.

Ćwiczącemu potrzebny jest też pewien zasób technik – zasłon, uwolnień z uchwytów, podstawowych uderzeń. To również nie jest rzecz nadmiernie trudna, ale chyba nie znajdzie się doświadczony instruktor, który zadeklarowałby, że 15 godzin to czas wystarczający, by nauczyć się dwóch najprostszych nawet dźwigni. Można, owszem, zrozumieć pewną zasadę czy kolejność wykonywanych ruchów, ale o stworzeniu trwałego odruchu, jaki pozwoli wykonać technikę skutecznie i prawidłowo w sytuacji wielkiego stresu, gdy organizm zalewa fala nagle uwolnionego kortyzolu i adrenaliny, nie ma mowy – na to potrzeba tygodni, jeśli nie miesięcy regularnego (bo odstępy pomiędzy zajęciami nie mogą być zbyt długie) i ciężkiego treningu.

I tu przechodzimy do punktu trzeciego, czyli umiejętności opanowania lęku paraliżującego większość z nas w sytuacjach granicznych tak bardzo, że nie potrafimy nawet podjąć decyzji o ucieczce lub walce.

Ze strachem, który potrafi w sytuacji zagrożenia sparaliżować nawet zawodnika ćwiczącego przez kilka lat, można poradzić sobie przez zgodę na odczuwanie bólu i inwestowanie w porażki – choć mistrzowie tradycyjnych stylów odrzucali wszelką formę współzawodnictwa pomiędzy swoimi uczniami, to jednak walka sportowa w sensie psychologicznym przygotowuje do rzeczywistej konfrontacji znacznie lepiej niż samo powtarzanie sekwencji ruchu. Można powiedzieć, że pojedyncza technika przypomina literę, jej ćwiczenie kaligrafię, lecz dopiero walka z przeciwnikiem tworzy opowieść.

Kult lekkiej pracy

Azjatyckie sztuki walki na trwałe trafiły do zachodniego kręgu kulturowego w latach 60. (w większości z nich nie chodzi o żadną sztukę, lecz o umiejętność zwycięstwa w fizycznej konfrontacji). Choć pierwsze szkoły judo i jujitsu powstały w Europie i USA już przed pierwszą wojną światową, prawdziwy rozkwit rozpoczął się w czasach formowania kontrkultury, gdy pokojowo nastawione dzieci kwiaty zorientowały się, że japońskie sztuki walki zawierają w sobie elementy filozofii zen, a judo stało się dyscypliną olimpijską.

Japończycy uczyli, że bez lat ciężkich ćwiczeń nie można nawet myśleć o opanowaniu umiejętności tak złożonej i trudnej, jak judo, karate czy aikido. Mieli, oczywiście, rację – lata powtarzania tych samych sekwencji wydeptywały w umysłach ćwiczących szerokie neuronowe ścieżki, pozwalające w sytuacji zagrożenia, w zasadzie bez udziału świadomości, zareagować właściwą techniką.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną